Apollonia i Berat- odcinek 23

– Apolonia to bardzo ważny zabytek. Wielkie starożytne greckie miasto. To aż głupio być tutaj i nie zobaczyć tych ruin.- odzywa się Przemek nie odrywając wzroku od drogi, którą jedziemy dalej na północ.

– Tak, ale chcemy zobaczyć jeszcze Berat, Szkodrę, Kruję… a czas nam się strasznie kurczy. Ja wiem, że trzeba być naprawdę ignorantem, żeby nie zachwycić się starożytnymi ruinami, ale szczerze mówiąc trochę ich już widzieliśmy i nigdy żadne nie powaliły mnie na kolana.- odpowiadam nieco zmieszana.

– Pojedźmy, na chwilę. Nie musimy tam spędzić za dużo czasu.

Jedziemy więc szybkim tempem do Apolloni. Z głównej drogi zjeżdżamy na polną ścieżkę, aż docieramy do dużej tablicy informującej nas, że oto dotarliśmy do parku archeologicznego Apollonia. Wjazdu strzeże szlaban i budka strażnika, który sprzedaje nam dość drogie bilety wstępu. Parkujemy na prowizorycznym parkingu wśród tumanów kurzu wznoszonych przez kręcące się koła samochodu, mimo że prędkość jest ślimacza. Pada od kilku dobrych dni, ale albańskie słońce grzeje już tak intensywnie o tej porze roku, że ziemia tutaj w kilkadziesiąt minut jest w stanie wyschnąć na pył. Pył,  który teraz wypełnia nam nozdrza i gryzie nieprzyjemnie w gardła.

Zaczynamy zwiedzanie i już od pierwszych kroków musimy to szczerze przyznać- jesteśmy absolutnymi, beznadziejnymi ignorantami, jeśli chodzi o starożytną historię. Prawda jest taka, że mimo iż była ze mnie piątkowa uczennica humanistycznej klasy, to dziś nie pamiętam zbyt wiele z lekcji historii, a czasy imperium greckiego to dla mnie czarna magia. Przemek zdecydowanie lepiej zna, pamięta i rozumie meandry historii, jednak mimo wszystko czasy przed naszą erą nie są jego ulubioną epoką. Chodzimy więc w miarę żwawym krokiem chcąc obejrzeć wszystko, ale nie udając jednocześnie znawców tematu wielce zainteresowanych oglądanymi przedmiotami. Apollonia oferuje nam możliwość obejrzenia resztek amfiteatru, pojedynczych fragmentów murów i kilkuset przedmiotów codziennego użytku wykopanych i pieczołowicie oczyszczonych. Muzeum jest duże, a zgromadzone eksponaty mimo naszego laickiego podejścia robią całkiem spore wrażenie. Wszystko pięknie wyeksponowane w szklanych gablotach podświetlone halogenowymi żarówkami, równo poukładane. Na zewnątrz resztki antycznego amfiteatru zwiedzamy już znacznie szybciej, bo nagłe oberwanie chmury skutecznie gasi resztki zapału. Nie przedłużając, udajemy się do samochodu, który na te trzy tygodnie praktycznie stał się już naszym drugim domem. Mam w nim poukładane swoje podręczne podróżnicze gadżety, fotel składany tak bym mogła dać odpocząć zmęczonym nogom. Chusteczki higieniczne po lewej, napoje pod nogami, przekąski w torbie z tyłu, mapa po prawej w drzwiach. Wszystko ma swoje miejsce. Moszczę się wygodnie w tym moim mini domku na kołach i ustawiam nawigację. Pojedziemy nieco na wschód, by zobaczyć miasto tysiąca okien- Berat. Niewiele udaje mi się uchwycić z mijanych krajobrazów. Kolejna dzika ulewa szaleje na zewnątrz przyprawiając mnie o trwogę. Nie widać nic na odległość dalszą niż wyciągnięta dłoń. Ciężka szara zasłona chmur zwisa dosłownie tuż nad asfaltem, a ogromne krople deszczu dziko spadając z impetem uderzają o blachę samochodu. Szum silnika i nieopisany hałas szalejącej ulewy uniemożliwiają nam jakąkolwiek rozmowę. Berat leży około półtorej godziny jazdy od Apolloni, ale w tych warunkach będziemy jechać 4 godziny.

 Kiedy wreszcie docieramy na miejsce ulewa nieco przycicha, ale aura nadal nam nie sprzyja. Berta wygląda więc szaro, ponuro i intrygująco. Parkujemy samochód na dole i udajemy się w górę, by zobaczyć stare miasto. Labirynt kamiennych uliczek urzeka mnie od pierwszego wejrzenia. Spacerujemy niespiesznie przystając co jakiś czas i rozglądając się dookoła. Deszcz delikatnie siąpi, kamienne ścieżki są śliskie, ale nie zraża nas to zupełnie. Z uśmiechem przystajemy przy straganach i jak sroki przyciągnięte kolorowymi świecidełkami, zachwycamy się wystawionym towarem. Prawdopodobnie typowa komercja pod turystów. W tamtym momencie zupełnie jednak tego nie zauważamy i przytakując sobie nawzajem podziwiamy dzieła sztuki ludowej ochoczo sięgając po portfel, by uszczuplić budżet jednocześnie zwożąc do domu kolejny kurzołap. Stare miasto ma w sobie wiele uroku. Jest piękne mimo widocznych zaniedbań. Pokryte patyną czasu zyskuje jeszcze więcej uroku. Jest zbudowane w sposób przemyślany, uregulowany, mający widoczny gołym okiem sens i architektoniczny ład. Dolna część czyli nowe miasto Berat to zupełnie odmienna historia. Typowo albański rozgardiasz, nieotynkowane bloki, brak ładu i porządku. Dziki ruch na ulicach, brak przejść dla pieszych i schrony tuż przy blokach. Tak- Berat bez wątpienia jest miastem albańskim. Z całym swym kamiennym urokiem i fascynującą brzydotą wszechobecnych przybudówek. Schodząc do samochodu czujemy obydwoje jak kiszki nam marsza grają. Czas na posiłek- prawdziwą porządną strawę z lokalnego baru dla lokalnych mieszkańców. Nic drogiego, nic modnego, nic dla turystów. Typowy mleczny bar szybko pojawia się na naszej drodze. Bez większych kłopotów udaje nam się zamówić ogromne porcje obiadu w śmiesznej cenie. Jemy siedząc przy stole pokrytym ceratowym obrusem i wyglądają przez okno ozdobione kolorową firanką. Swojsko i schludnie, a jedzenie przepyszne. Posileni rozpoczynamy jeden z najciekawszych odcinków podróży- drogę do Tirany.

« 1 z 2 »

Dodaj komentarz