Bogurodzica w Tokaju- odcinek 6

Nasz pokój nie ma balkonu.  Nie ma żadnego miejsca, by posiedzieć wieczorem i w spokoju obserwować gasnące światła miasteczka, nasłuchiwać coraz głębszej ciszy i poczuć na skórze oddech nocy. Odespaliśmy podróż w ciągu dnia. Szkoda więc marnować ten piękny ciepły wieczór. Jesteśmy w dwa kroki od centrum. Po krótkim odpoczynku ruszamy więc znowu w stronę głównego placu. Droga jest krótka prowadzi przez urokliwe uliczki o pięknej zabudowie. Moją uwagę szczególnie przykuwa dom ozdobiony kilkunastoma figurkami kotów. Wygląda to trochę bajkowo i jak nie z tego świata.

Taki jest tokaj. Cichy, spokojny, bajkowy, czasem nierzeczywisty. Te stare małe domy, ukwiecone ogródki, plantacje na dość stromych pagórkach. Wszystko w tak niedzisiejszy sposób ciche, dostojne i piękne. Mogłabym stać i patrzeć, obserwować, chłonąć atmosferę przez cały dzień. Przyglądać się życiu ulicy, życiu miasteczka, przechodniom, pogodzie i rosnącym winoroślom ze swej bezpiecznej, ledwie zauważalnej pozycji cichego obserwatora. Jak ten piesek, oglądający świat przez okno mocno sfatygowanego domu.

Kiedy spacerowym krokiem dochodzimy do głównego rynku okazuje się, ż trafiliśmy tam w najlepszym momencie tego dnia. Przed kościołem, który stanowi centralny, najważniejszy punkt miasteczka, na szerokim wyłożonym kostką placu poustawiano kilkanaście rzędów krzeseł. Tuż przed samą świątynią powstała scena. Miejsca siedzące zapełniają się w tempie ekspresowym. Przychodzą całe rodziny. Nie ma granicy wieku. Od maluszków w  wózkach- takich tycich kruszynek o skórze pachnącej waniliowym budyniem, poprzez małe rozrabiaki ganiające dookoła rynku, aż po starsze osoby poruszające się powoli o lasce. Wszyscy gromadzą się na placu w Tokaju. Mam wrażenie, że każdy dom tego wieczora pozostanie pusty. Wszyscy mieszkańcy spotkają się dziś tutaj, aby uczestniczyć w jakimś- widocznie bardzo ważnym- wydarzeniu. Skromnie zajmujemy miejsce w dalszej części widowni, w jednym z ostatnich rzędów krzeseł. Owiewa nas przyjemny chłodny wiaterek. Powietrze pachnie zmierzchem. Pachnie kończącym się intensywnym, dobrym dniem. Pachnie zielenią roślin skąpanych w wieczornej wilgoci. Pachnie spokojem i ukojeniem. To będzie dobry wieczór- czuję to nie wiedząc jeszcze co za chwilę wydarzy się na scenie. Po chwili prowizoryczną estradę wypełnia kilkunastoosobowa grupa osób w różnym wieku. Tuż przed sceną na pulpicie rozkłada nuty dyrygent. Na placu zapada cisza. Ustają wszelkie rozmowy, znika gwar. Konferansjer po węgiersku wita przybyłych gości, przedstawia zespoły. Nie rozumiemy, co mówi, ale można bez problemu domyślić się, że trafiliśmy na jakiś konkurs chórów przykościelnych. Hmmm brzmi jak „nuuuda”…. Ale nie zrażając się pochopnie, zostajemy zobaczyć, co będzie dalej. I jakaż niespodzianka na początek! Rozbrzmiewa pieśń głośno i donośnie, niesiona jakby na skrzydłach mocnych polskich głosów. Brzmi tak prawdziwie i patriotycznie, tak wprost z serca, tak niewiarygodnie… Bogurodzica.

Chórem dyryguje szpakowaty ksiądz w czarnej marynarce. Jego dłoń łagodnie, ale jednocześnie zdecydowanie nadaje ton pieśni. Stoi spokojny, wpatrzony w śpiewaków, dostojnie kontrolując cały występ. Chór ma w repertuarze trzy pieśni. Łączy je wszystkie typowo polska martyrologia. Są piękne, ale przesycone smutkiem. Jesteśmy niesamowicie zaskoczeni, że mamy okazję wysłuchać tak pięknych wykonań naszych rodzimych chórzystów akurat tutaj, teraz- w czasie naszej podróży, która ma nas zaprowadzić całkiem daleko od kraju- może nie w rozumieniu geograficznym, ale kulturowym na pewno. Po zakończeniu występu i gromkich brawach na scenę wkraczają kolejne zespoły. Węgierskie pieśni dla odróżnienia od naszych są pełne werwy, wręcz skoczne. Wszystkich artystów słuchamy z ogromną przyjemnością. Muzyka przepełnia nas w całości. Wysokie tony wydobywające się z ludzkich krtani, nie wzmacniane  żadnym elektronicznym sprzętem są wręcz nierealne. Przyjemnie świdrują najdalsze zakamarki duszy, wprawiają w drżenie nawet mały palec u stopy. Wieczór niespodziewanie upływa nam w bardzo podniosłej atmosferze. Zachwyceni zasypiamy w naszym małym hotelu, wiedząc że następnego dnia popołudniu opuścimy Węgry, by ruszyć po kolejną dawkę niezwykłych przeżyć i doznań.

Tego wieczora zasnęłam jak niemowlę. Swoją drogą cóż za przewrotne powiedzenie „spać jak niemowlę”. W powszechnym rozumieniu oznacza spać mocno, głęboko. Jakże chybiona interpretacja! Przekonam się o tym już za kilka miesięcy.

Dodaj komentarz