Butrint i Sarande- odcinek 19

Gjiokastra zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Tak właśnie wyobrażałam sobie Albanię. Mrocznie, spokojnie, odludnie. Może trochę bardziej biednie, chociaż spotkani na granicy żebrzący ludzie jednoznacznie wskazywali, że oto wjeżdżamy na teren bardzo niezamożnego państwa. Na razie tej biedy aż tak nie odczułam. Nie osaczała nas, nie wyzierała z każdego budynku, nie rzucała się w oczy. Opuszczając twierdzę, udaliśmy się jeszcze na zwiedzanie swego rodzaju muzeum utworzonego w tradycyjnym ormiańskim domu. Wszystko wewnątrz wyglądało tak, jakby nadal ktoś tam mieszkał i prowadził tradycyjny dom, który ma w sobie coś z baśni tysiąca i jednej nocy. O tym domu wspominał zdawkowo tylko jeden z posiadanych przez nas przewodników. Wszystkie natomiast rozpisywały się szeroko o parku narodowym Butrint i znajdujących się tam starożytnych ruinach.

– Myślisz, że warto jechać i oglądać ten amfiteatr?- zapytałam trochę nieśmiało, obawiając się wybuchu złości spowodowanej moimi wątpliwościami co do zachwalanej w książkach atrakcji turystycznej.

– Nie wiem. Z jednej strony wygląda nieźle na zdjęciach, a z drugiej to nie mój klimat, nie te czasy… – ku mojemu zdziwieniu Przemek nie namawiał mnie na zwiedzanie Butrint

– Tak, ale żeby nam potem nie było szkoda… – jeszcze delikatnie próbowałam się upewnić, że nie zależy mu na odwiedzinach w tym miejscu

– Ruda, takich starożytnych ruin widzieliśmy już wiele. Znacznie ciekawszy może być sam park narodowy w tej okolicy. Może pojedźmy tam i po prostu się rozejrzyjmy.

Cudnie! O to właśnie chodziło! Jechać, pospacerować, popatrzeć i bez zbędnej spiny na spokojnie podjąć decyzję czy ruszamy dalej czy też Butrint jednak nas interesuje na tyle, by zostać dłużej.

Droga z Gjiokastry dostarcza wielu wrażeń, chociaż krajobrazy za oknem zmieniają się tylko nieznacznie- wciąż widzimy zieleń, góry, stada baranów i owiec i wszechobecne mercedesy. Mimo tej pozornej monotonii, co moment kolejny szczegół przykuwa moją uwagę.

Mijane wzgórza stają się coraz bardziej strzeliste, robiąc wrażenie wyższych, potężniejszych, o szczytach pływających w nisko zawieszonych deszczowych chmurach. Pojawiają się miejscowości, które zaskakują wszechobecnymi kontrastami. Przyzwoicie wyglądające domy i sklepy przemieszane są z co krok posadowionymi ruderami. Kwitnie przydrożnych handel- pomarańcze sprzedawane prosto z bagażnika jakiejś osobówki, żywy inwentarz w klatkach.

Wille sąsiadujące z niedokończonymi domami, które sprawiają dość upiorne wrażenie. Przypominają mi nieco opuszczone miasto Kłomino, które z kolei mogłoby stanowić idealny plener do kręcenia horroru lub filmu science fiction np. o Czarnobylu.

Dziury, w których miały znajdować się okna, przypominają puste przerażające oczodoły. Wysokie, potężne domostwa zieją pustką, a wiatr hula po otwartych na przestrzał piętrach susząc rozwieszone tam pranie, które stanowi jedyny kolorowy element w tej wszechobecnej szarości i czerni niedokończonych, nieotynkowanych murów. Niebo wisi coraz niżej wzmagając wrażenie pustki i chłodu. Co kilka kilometrów mijamy warsztaty i myjnie samochodowe oraz wyrastające co krok jak grzyby po deszczu punkty wulkanizacji. Lavash czyli myjnia i Gomisteri czyli wulkanizacja to chyba najpopularniejsze biznesy w Albanii. Eleganckie wiekowe mercedesy myte są na prowizorycznie zorganizowanych stanowiskach, a tuż obok po sąsiedzku można wymienić ogumienie w warsztacie, który większość znanych mi osób wzięłaby za jakąś pijacką melinę, dziuplę czy też inny mroczny przybytek.

Szczęśliwie wreszcie  niebo zaczyna nam sprzyjać i odsłania powoli ciężką ciemną kotarę chmur ukazując nieśmiało swoje błękitne, pogodne oblicze. Kiedy dojeżdżamy do okolic Butrint, jest już pięknie, słonecznie, ale nadal bardzo wietrznie. Albania w tym miejscu zaczyna prezentować nam swoją drugą naturę. Tą o której mówią turystyczne foldery, tą której poszukują spragnieni słońca i adriatyckich krajobrazów turyści, tą która po kilkuset kilometrach szarości i lekkiej grozy pozwala nam odetchnąć z nieukrywaną ulgą i uśmiechnąć się szeroko. A więcej jednak! Więc jednak może być pięknie w tej dzikiej krainie. Jaskrawy błękit w promieniach majowego słońca pięknie kontrastuje z soczystą, nasyconą do głębi zielenią porastająca łagodne wzniesienie, na którym się zatrzymujemy. Rośnie tutaj oliwny gaj, dzikie osty, przeróżne trawy i wonne kwiaty, których nazw nie znam. Powietrze pachnie latem, przygodą i mieszanką dzikich ziół. Polna piaskowa droga prowadzi gdzieś wzdłuż wzgórza, ale jaki jest jej kres- nie wiemy.  Na dole w turkusowej spokojnej wodzie dostrzegam duże, dziwnie wyglądające konstrukcje. Szerokie, chyba metalowe kraty poprzetykane co jakiś czas niebieskimi walcami, wyglądającymi jak małe bojki.

– Co to jest? Tam w dole, na wodzie?- pytam Przemka wskazując palcem na interesujące mnie miejsce

_ Tam się hoduje krewetki. To takie łowiska.- odpowiada momentalnie mój mąż.

– Skąd wiesz?- zaskakuje mnie jego szybka odpowiedź, bez cienia wahania

– Z przewodnika?! Hellooo! Mówiłem, żebyś przeczytała, to byś nie musiała pytać!- odpowiada mi podniesionym głosem i tonem wszechwiedzącego mądrali, którego szczerze u niego nie znoszę. To jeden z tych tonów i ten rodzaj zachowania, które doprowadzają mnie do mdłości. Ale ok.- punkt dla niego.

– Nie mądruj się! Nie wstyd nie wiedzieć, ale wstyd nie chcieć swojej wiedzy poszerzyć. Właśnie ją poszerzyłam. Dziękuję i koniec tematu!- odcinam się szybko.

_ Ładnie tu co? Która godzina? Nie jesteś głodna?- zrozumiawszy, że dalsze wymądrzanie się nie jest najlepszym pomysłem, Przemek zmienia temat na neutralny czyli widoki, czas, jedzenie.

– Prawie 11:00. Jestem mega głodna! Ale popatrzymy jeszcze chwilę. Naprawdę pięknie tu!

– To może pojedzmy kawałek, cały czas pozostając tutaj na górze i zobaczmy czy nie ma jakiejś knajpy. Jak nie będzie, to może sklep się znajdzie. Kupimy coś i zrobimy sobie piknik. Wreszcie nie pada i jest w miarę ciepło!

– Ok., dobry pomysł…

– Ja mam same dobre pomysły!- uśmiecha się szeroko, wierzchem palców u dłoni gładząc swój zarośnięty podbródek i z zadowoleniem wsiada do auta.

Rzeczywiście tuż obok trafiamy na restaurację z obłędnym widokiem. Usytuowana znacznie wyżej niż poziom wody, na skarpie, z tarasem widokowym, dostarcza nam wielu estetycznych wrażeń- zarówno pod kątem widoków roztaczających się z restauracyjnego tarasu jak i smaków serwowanych dań.

Rozkoszując się chwilą, ciepłymi promieniami słońca, pysznym posiłkiem i porywającą panoramą, spędzamy tam prawie godzinę.

Pogoda znacząco się poprawia, niebo nasyciło się już głębią błękitu, a pierzaste ogromne cumulonimbusy przypominające gęstą bitą śmietanę rozsuwają się niespiesznie odkrywając coraz większą połać nieba. Stojąc przy barierce na tarasie czuję jak promienie słońca składają na moich policzkach kolejne pocałunki, po których z pewnością pozostaną urocze ślady w postaci piegów, które kiedyś tak bardzo nienawidziłam. Mama niezmiennie przez wiele lat mojego wczesnego dzieciństwa starała się mnie przekonać, że rude włosy i piegi to dar a nie przekleństwo. Nie wierzyłam w ani jedno słowo. Nienawidziłam swojej urody i kiedy babcia czytała ze mną Anię z Zielonego Wzgórza, uznałam że przefarbowanie się na zielono- tak jak bohaterka tej powieści- byłoby naprawdę dobrym pomysłem. Na szczęście mama czuwała i do realizacji tego pomysłu nie dopuściła.

Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu. Spojrzałam szybko na wyświetlacz. Mama. Moja kochana! Martwi się pewnie, a ja nie odzywałam się od dłuższego czasu.

– Cześć, mamuś! Co w domu? Wszystko ok.?- jak zwykle zaczynam od pytań o sytuację w domu rodzinnym, mając na myśli tak naprawdę czy mamy aktualnie fazę względnego spokoju czy też znowu kryzys wdarł się pod dach…

– U nas ok. Małgoniu. Ale opowiedz jak u was. Fafik ma się dobrze, biegamy sobie razem wieczorem. Kładzie się spać tuż obok mojego łóżka i w ogóle nie odstępuje mnie na krok. Wyczesałam go i pięknie wygląda. Ten pies dobrze się u nas czuje, nie musisz się martwić.- mama odpowiada mi jednym tchem zagłuszając sens mojego pytania opowieścią o psie, którego pozostawiłam pod jej opieką. Jest więc kryzys, ale mama wie że to nie pora przybijać mnie tymi informacjami. W duchu przyznaję jej rację i nie dociekam…

– Mamuś wspaniale jest! Naprawdę! Albania jest niesamowita jak na razie. Dopiero zaczęliśmy ją zwiedzać, ale już nam się podoba. Tylko strasznie pada, wiesz? Dopiero teraz mamy ładną pogodę, ale dotychczas deszcz lał non stop.

– Małgosiu, właśnie chciałam zapytać czy jesteście bezpieczni. We wszystkich wiadomościach o tym mówią.

– O czym? O nas?- zaśmiałam się rozbawiona chaotyczną wypowiedzią mamy

– Nie no, nie o was, ale o ulewach i powodziach na Bałkanach. Drogi są pozalewane, mosty pozrywane, ludzie domy tracą…

Zmroziło mnie. Owszem padało bardzo intensywnie od wielu dni, ale im dalej jechaliśmy tym częściej trafialiśmy na słoneczną aurę. Wygląda na to, że uciekaliśmy przed tą powodzią…

Rozmawiamy jeszcze chwilę, Przemek reguluje rachunek i idziemy do samochodu decydując ostatecznie, że starożytny amfiteatr pomijamy.

Kolejnym punktem na naszej trasie jest osławiona, widoczna na wszelkich folderach turystycznych miejscowość Sarande. Albański kurort opisywany jako raj z turkusową czystą wodą, piaszczystymi plażami i bogatym życiem nocnym. Miejsce, do którego na wakacje jeżdżą właściciele tych najnowszych mercedesów, miejsce gdzie luksusowe hotele są na każdym kroku, a modne knajpy pękają w szwach od tłumów młodych i zamożnych turystów. Właśnie w tym luksusie zamierzamy spędzić najbliższą noc.

Droga do Sarande jest krótka, odludna i piękna. Jedziemy wzdłuż wody, z jednej strony mając skalną ścianę, a z drugiej otwartą przestrzeń morza. Znowu mijamy kilkanaście mercedesów, stada kóz i baranów. Zwierzęta wychodzą na drogę bezceremonialnie zajmując całą jej szerokość. Idą pokornie za prowadzącym stado pasterzem i zwykle po kilkudziesięciu metrach schodzą z asfaltu na przydrożne zielone łąki. Kolejna taka sytuacja powoduje, że zaczynamy traktować to jako coś najnormalniejszego w świecie. Aklimatyzujemy się, przyjmujemy tutejsze osobliwości jako coś całkiem zwyczajnego.

Sarande wita nas bielą elewacji nowych budynków, które jednak w większości wciąż są niedokończone. Znowu puste otwory okienne, niedobudowane piętra, niezamieszkałe domy. Dla odmiany tutaj zdecydowana większość z nich wygląda okazale, świeżo i drogo. Zaczynamy od znalezienia pokoju na noc. W Albanii nawet najdroższa miejscowość okazuje się tania w naszym rozumieniu. Pytamy w kilku miejscach i dowiadujemy się, że większość hoteli jeszcze nie działa. Jesteśmy przed sezonem, a więc każda kwatera, w której decydują, że mogą nam wynająć pokój, jest dwa razy droższa. Bo będziemy tylko na jedną noc, bo ktoś nas musi obsłużyć, bo trzeba pościel przygotować, pokój odświeżyć… Dwa razy drożej okazuje się jednak cztery razy taniej niż nad Bałtykiem w maju.

– Bierzemy najlepszy apartament jaki chcesz!- woła Przemek uśmiechając się bardzo szeroko.

– Weźmy więc ten z widokiem na morze i plażę.- zadowolona podejmuję szybką decyzję i już za kilkanaście minut mamy klucze od naszego pokoju.

Jest czysto, schludnie i przyjemnie. Pokój ma balkon, z którego możemy obserwować pustą plażę i spokojne wody Adriatyku. Zadowoleni wychodzimy na spacer. Może tutaj w Sarande zostaniemy dłużej?

– No ładnie, ale jakoś tak… komercyjnie- Przemek odzywa się z grymasem dezaprobaty na twarzy.

– Tak, też mam wrażenie, że jakoś tak jak w Mielnie- wszystko pod turystę, wszystko kiczowate, nic nie jest autentyczne. Zjedzmy coś.- potwierdzam, że ja również nie czuję się tutaj dobrze mimo wcześniejszego zachwytu.

Nadmorski deptak jest szeroki, wyłożony kaflami, które tworzą w miarę gustowny wzór. Deptak oddziela piaszczystą plażę od asfaltowej drogi biegnącej przez miasteczko. Spacerując mijamy mnóstwo małych kafejek, restauracji, barów, dyskotek- większość jest zamknięta. Widać, że do sezonu jeszcze miesiąc. Sarande dopiero budzi się z zimowego snu. Mam wrażenie, że piękne białe apartament owce i zamożne wille nie są zamieszkałe. Stoją puste czekając na turystów podczas gdy ich właściciele zajmują prawdopodobnie mniej okazałe domy, gdzieś na obrzeżu miasta. Deptak jest pusty. Zresztą tak jak i całe miasteczko. Rozglądamy się wyobrażając sobie jakie tłumy muszą tędy spacerować każdego dnia podczas szczytu lata. Tymczasem zrywa się coraz silniejszy, zimny wiatr. Niebo znów ubiera się w całą paletę szarości i złowrogo zniża  zawisając jakby tuż nad ziemią. Zaczyna padać lodowaty deszcz. Szybko znajdujemy schronienie w jednym z barów i zajmujemy stolik. To typowa knajpa dla lokalsów. Głośno gra telewizor, jest stół do bilarda, trambambula, rzutki. Jest kilka osób, które wśród gromkich śmiechów piją piwo i żywo o czymś dyskutują. Na moment stajemy się atrakcją. Nikt się nie spodziewał turystów o tej porze roku, w taką pogodę, w tym barze. Po taniej i niezbyt wyszukanej kolacji w strugach deszczu wracamy do pokoju.

Zasypiam kamiennym snem kołysana szumem wiatru i dźwiękiem kropel deszczu rozbijających się o taflę wody.

« 2 z 2 »

7 myśli na temat “Butrint i Sarande- odcinek 19

Dodaj komentarz