Czas wracać…- odcinek 30

Kolejny poranek w Dobrocie nie wygląda zbyt zachęcająco. Niebo znów przybrało odcienie burej szarości i próżno szukać choć odrobiny słońca. Nieco zawiedzeni, ale w gruncie rzeczy zahartowani już taką aurą, zmieniamy plany i postanawiamy jechać do Herceg Novi. Umawiamy się z naszym gospodarzem na wieczorną kolację rybną i wyruszamy obejrzeć kolejną bałkańską perłę architektury.

Jadąc piękną drogą wzdłuż wybrzeża podziwiamy niezwykłe krajobrazy. W milczeniu robię zdjęcia. Nie rozmawiamy. Obydwoje zdajemy sobie sprawę, że nasza podróż dobiega końca. Jutro wyruszymy w drogę do domu. Mamy zaplanowane jeszcze pojedyncze przystanki, ale czas niemiłosiernie się skurczył już, nigdzie więc nie zostaniemy na dłużej niż kilka godzin. To bardzo symboliczna wyprawa. Delikatne bulgotanie, które czuję w brzuchu nieustannie przypomina mi o tym, że kończą się nie tylko te wakacje, ale i pewien etap w życiu. Żaden następny wyjazd nie będzie już tak prosty do zrealizowania. O tym, że nie tylko podróże się zmienią, przekonam się za kilka miesięcy…

W Herceg Novi nasza nawigacja po raz kolejny gubi się. Próbujemy dotrzeć w jakieś sensowne miejsce, by wejść na twierdzę Kanli Kula. Robiąc trzeci raz kółko po tych samych uliczkach, zaczyna nas ogarniać irytacja. Przemek zatrzymuje się w końcu w pierwszym lepszym miejscu i idziemy na spacer. Synek boleśnie kopie mnie w pęcherz, co powoduje, że zamiast podziwiać uroczą architekturę pędzę jak oszalała wąskimi uliczkami i z obłędem w oczach szukam jakiejkolwiek otwartej knajpki z toaletą. Przemek dosłownie zatacza się ze śmiechu widząc moją minę. W końcu wpadam z impetem w otwarte drzwi restauracji i- nie zważając na nic i na nikogo- dopadam drzwi toalety. Wychodzę z uczuciem błogości na twarzy, czym jeszcze bardziej rozbawiam mojego męża. W ten sposób niewiele pamiętając przebiegłam pół starówki. Kierujemy się teraz na górę. Miasto wygląda pięknie mimo pochmurnej aury. Jest bardzo ukwiecone, palmy rosną na każdym kroku w wielkich skupiskach. Tysiące sztuk egzotycznej roślinności dosłownie zalewa miasta podbijając jego niezaprzeczalny urok, który ma dzięki swojej bogatej architekturze i niezwykłym widokom.

Po drodze kupujemy napoje i kiedy już docieramy na górę murów, siadamy pod jakąś palmą i odpoczywamy popijając niespiesznie zdrowe soczki. Spędzamy tak kilkanaście minut rozmawiając i planując drogę powrotną. Patrzymy na port w dole miasta, ogarniamy wzrokiem panoramę dookoła nas i ruszamy wolnym krokiem z powrotem na dół. To nie było długie, intensywne zwiedzanie, ale tyle nam wystarczy. Kiedy jedziemy do Dobroty, niebo niespodziewanie przejaśnia się i zaczyna intensywnie świecić słońce. Uradowani tym faktem, kiedy tylko docieramy na miejsce, przebieramy się w stroje kąpielowe i sadowimy się wygodnie na krzesłach  postawionych na betonowej półce tuż nad wodą. Jasne ciepłe promienie rozświetlają taflę wody nadając jej teraz przeróżne odcienie od błękitu po seledyn. Woda jest przejrzysta, idealnie czysta. Widać roślinność, ryby, kraby. Przemek zakłada płetwy i maskę i wskakuje, by poeksplorować nieco podwodne zakamarki Dobroty. Kątem oka widzę, że ktoś się do nas zbliża. Na brzegu tuż obok naszych prowizorycznych leżaków siada nasz gospodarz i w ciągu dosłownie dwóch chwil wyławia kilka dorodnych ryb. To nasza kolacja. Na szczęście widząc mój przerażony wzrok, oddala się w kierunku domu, by tam dokonać ich żywota i przygotować je na wieczór. Tak, jem mięso, ale gdybym miała sama polować czy łowić, z marszu zostałabym wegetarianką.

– Ruda, chodź do wody, weź maskę!- woła mnie Przemek

Ostrożnie zamaczam stopy, ale nie jestem przekonana czy chcę wejść dalej i pływać. Wszystko wygląda rzeczywiście pięknie, ale temperatura wody jest dla mnie za niska. Zanużam się jednak powoli, ale z pływania rezygnuję. Wracam na leżak, by w tych pięknych okolicznościach przyrody odpocząć przed czekającą nas jutro podróżą.

Późnym popołudniem siedzimy znowu na tarasie i przeglądamy mapy i przewodniki. Słońce schodzi już coraz niżej i zaczyna przybierać coraz intensywniejszy odcień czerwieni. W powietrzu czuć zapach dymu z grilla. Czas na naszą kolację. Przebrani, odświeżeni schodzimy na dół. Na tyłach domy mieści się mały ogródek porośnięty wysoką trawą i ziołami. Duży stół i wspaniały murowany grill zachęcają do biesiadowania w większym gronie. Do kolacji siada z nami nasz gospodarz ze swoim ojcem i sąsiadem. Nikt z nich nie zna angielskiego, ale jak do tej pory nie mieliśmy najmniejszego problemu z porozumiewaniem się. Młody mężczyzna, który pełni rolę gospodarza domu ma na imię Dobrivoje. Mówią na niego Dobri. Imion starszych panów nie udaje mi się zapamiętać. Na ruszcie kamiennego grilla leży klika złowionych dziś ryb. Wszystkie są bogato obłożone ziołami i cytryną. Zapach drzewnego dymu miesza się z wonią dochodzącej powoli na ruszcie ryby. Zaczynam robić się coraz bardziej głodna. Dobri stawia na stole trzy rodzaje domowego wina, chleb, zieloną sałatkę, oliwę. Czekając na kolację rozglądam się dookoła. Ogród umijscowiony jest za kamiennym murem, który najprawdopodobniej stanowi ścianę sąsiedniego budynku. Dzikie trawy porastają niewielki dostępny skrawek ziemi, a w glinianych donicach rośnie dorodny, aromatyczny rozmaryn. Gdzieś z zakamarków małego ogrodu wyłania się biało- rudy kot i miaucząc przeciągle, zbliża się do mnie wyraźnie oczekując głaskania i pieszczot. Nie mam nic przeciwko i z przyjemnością biorę sierściucha na kolana. Po chwili pojawia się Dobri i zaprasza nas do stołu. Jedzenie jest wyśmienite. Domowe, aromatyczne, świetnie przyprawione. Prawdziwa domowa kuchnia. Zamaczam usta w lokalnych winach, by chociaż poczuć ich posmak. Są pyszne, ale z wiadomych względów muszę odmówić. Rozmawiamy bez bariery, bez skrępowania, mimo że każdy mówi w innym języku. Rozumiemy się bez większych kłopotów. Pytają mnie o imię dziecka.

– Staś- odpowiadam.

– Aaa Stanko, my mamy Stanko.- mówi tata Dobrego.

Najedzeni i nasyceni lokalnym klimatem zasypiamy spokojnie. Jutro czas wyruszyć do domu…

– Wstawaj! Naprawdę powinniśmy wcześnie ruszyć, bo kawał drogi przed nami.- lekko podenerwowana budzę Przemka.

Jak zwykle nie jest zadowolony, kiedy przerywam mu sen i tym razem również nie omieszka mi tego okazać.

– Jezuuu babsztyl weź się przejdź gdzieś! Co ci się tak spieszy?- odpowiada zaspany i zirytowany i przekłada się na drugi bok.

Wkurzona suszę włosy, pakuję swoją walizkę, porządkuję kuchnię. W końcu zaspany Przemek wychodzi z sypialni, bierze sok i wychodzi na balkon. Rozsiada się wygodnie i patrzy dookoła oczami, które wciąż sklejone są głębokim snem. Jak zwykle nie spieszy się. Prysznic, kawa, pakowanie, znoszenie toreb do samochodu zajmują mu łącznie około godziny, którą ja spędzam nerwowo przestępując z nogi na nogę. Chciałabym już wyruszyć, jechać do Dubrovnika, który pamiętam jako miasto z marzeń i snów. Dubrovnik po raz pierwszy zobaczyłam wiele lat temu podczas moich pierwszych zagranicznych wakacji. Urzekł mnie i na zawsze wyrył sobie miejsce w moim sercu. Ogromne mury miejskie, oszałamiające odcienie wody w dole, kawiarenki pozawieszane na urwiskach i  skalnych półkach na samym brzegu murów, dzieci skaczące do wody z przerażającej wysokości, ale robiące to z taką pewnością i gracją jakby urodziły się właśnie w ten sposób. Słony zapach adriatyckiej bryzy, rozgrzane słońcem kamienne chodniki, pranie suszące się na porozwieszanych między oknami sznurkach w wąskich przesmykach między starymi domami… Tak pamiętam Dubrovnik. Byłam tam potem znowu z Przemkiem latem w szczycie sezonu. Gwar i tłok były przytłaczające i szybko skończyliśmy naszą wizytę, ale teraz mamy deszczowy maj, więc nie powinno być tłumów. Marzę, by znów zobaczyć Dubrovnik taki, jakiego obraz mam głęboko w pamięci.

– Podjedziemy najpierw do Kotoru na ten duży targ, pokupimy trochę dobra do domu.- uśmiecha się Przemek, kiedy zapinamy już pasy i zaczynam ustawiać nawigację.

Targ w Kotorze tętni życiem. Jest już około 10.00 rano, wszystkie kramiki i stargany są otwarte, a sprzedawcy głośno zachwalają swoje towary. Handel tutaj ma zupełnie inne oblicze niż w Polsce. Bez problemu można całkiem oficjalnie i legalnie kupić domowe alkohole zapakowane w szkło bez etykiet i bez banderoli, aromatyczne oliwy w butelkach po Coca Coli, przetwory, miody, marynaty i całą masę pyszności, które z pewnością nie były poddawane żadnych restrykcyjnym kontrolom sanitarnym, a mimo to wiemy doskonale, że są zdrowe i świeże.

– Domaca Jagoda! Patrz! No kupmy ze dwa kilo tych „jagód”!- wołam podekscytowana wskazując na skrzynkę pełną pachnących dorodnych truskawek, które tutaj zdaja się nosić nazwę domowych jagód. Uśmiechnięty sprzedawca momentalnie zaprasza mnie do degustacji, a ja z zadowoleniem pochłaniam ogromną, słodką i absolutnie nie umytą truskawkę. Bierzemy dwa kilo. Przemek natomiast rozpoczyna degustację trunków, która odbywa się tutaj w dość osobliwy sposób- prosto z gwinta. Zachęcony i poinstruowany przez sprzedawcę przechyla kolejne butelki i moczy usta w domowych trunkach. Przed nami kawał drogi, wybucham więc śmiechem i komentuję głośno:

– Kochanie, ale musisz sobie walnąć troszkę na odwagę, bo inaczej boisz się jechać tymi serpentynami nad wodą?

Śmiejąc się Przemek kupuje wybrane napitki, oczywiście uprzednio nieco się targując. Do tego domowa oliwa, drobne przekąski na drogę i ruszamy.

Piękny słoneczny dzień wybraliśmy na tą podróż. Jest ciepło i przyjemnie, a widoki bajkowe.  Jedziemy cały czas drogą wzdłuż wybrzeża. Skalna ściana po prawej stronie i przepaść tuż nad wodą po lewej. Do Dubrovnika mamy około dwie godziny, w sam raz żeby dojechać tam w porze obiadowej. Na miejscu dojeżdżamy pod same mury starego miasta i szukamy miejsca na dużym parkingu. Przemek znajduje parkometr. Nie mamy drobnych. Parkowanie kosztuje około 3 Euro. Przemek wyjmuje banknot 20 Euro i zaczyna wsuwać go do maszyny.

– Jesteś pewien?- pytam

– Babsztyl…- patrzy na mnie z wyrzutem po czym ochoczo wsuwa banknot.

Maszyna zaczyna coś mielić, wydaje bilet parkingowy i wraca do startowego ekranu, a wszelkie dźwięki cichną.

– Co jest? Ej, a reszta?- Przemek nerwowo stuka w ekran parkomatu.

– A nie mówiłam…- odpowiadam czując mieszaninę satysfakcji, irytacji i niedowierzania.

Właśnie zapłaciliśmy 100zł za parkowanie, a biorąc pod uwagę, że jest to już koniec wyjazdu i fundusze mocno nadszarpnięte, tym bardziej nas ten fakt denerwuje. Jeszcze przez chwilę obydwoje staramy się zaklinać bezduszną maszynę, ale nawet nie mruknie. W końcu drobnym druczkiem odnajdujemy na niej angielską wersję instrukcji, a tam wyraźnie napisane: „Does not give the change”.

Bez zbędnych słów, nawet nie patrząc na siebie odchodzimy skonfundowani. Po przekroczeniu murów starego miasta okazuje się, że trafiamy na wyjątkowo ruchliwy okres. Jest mnóstwo ludzi, zorganizowanych grup, które przemieszczają się za przewodnikami trzymającymi kolorowe tabliczki. Słychać mieszaninę różnych języków, akcentów, śmiechu i poważnych rozmów. W pierwszym momencie ciężko mi odnaleźć ten klimat uroczego miasta, który tak w sobie noszę. Idziemy na spacer. Mijamy kolejne małe uliczki i ślepe zaułki, w których bawią się wesoło lokalne dzieci, śpią koty i suszy się domowa bielizna. W oknach i na balkonach feerią barw rozkwitają kwiaty, które niezwykle urokliwie prezentują się na tle biało- szarych kamieni, z których zbudowana jest stara cześć miasta. Chodnik prowadzi nas łagodnie w górę. Co jakiś czas w murze otwiera się wąski przesmyk, za którym zobaczyć możemy potężny błękit Adriatyku, w którego toń skaczą odważnie plażujący na murach miasta ludzie. Gdzieniegdzie mijamy małe knajpki, ale nie zatrzymujemy się, bo marzę o dotarciu do takiej, z której roztaczać się będzie jedyny w swoim rodzaju bajkowy widok na morze.

W końcu gdzieś na szczycie murów widzę białe parasole tuż nad samym urwiskiem. Mały bar i leżaki oraz krzesła poustawiane przy barierce, za którą już tylko przestrzeń i błękit. To jest to!

-Idziemy!- wołam i nie czekam na żadną odpowiedź.

Na miejscu okazuje się, że kawiarenka gości całkiem spory tłumek ludzi, do baru ciężko się dopchać, a jedyne siedzące miejsca to tez zlokalizowane obok podejrzanie wyglądającej toalety. Nie poddaję się jednak, siadam na krześle i proszę Przemka, żeby zamówił Colę. Zaszaleję i dosłodzę dzieciaczka w brzuchu. Kiedy po naprawdę długich minutach Przemek wraca z napojami, widzę że minę ma nieciekawą.

– To jest najdroższa Cola na świecie. 5 euro za tą małą buteleczkę.- mówi do mnie z wyrzutem

– Oj dobra… Na La Rambla w Barcelonie była po dyszce.- odpowiadam na prędce.

Widok z kawiarenki rzeczywiście jest piękny, o ile ma się to szczęście by znaleźć odpowiednie miejsce. Po wypiciu Coli muszę udać się do toalety. Okazuje się, że jest to jedno z bardziej traumatycznych przeżyć. Wiem, że nie będę w stanie iść dalej, muszę skorzystać tutaj, a jednocześnie zapach, który wydostaje się zza drzwi powala mnie i otumania. To jest najszybsze siku w moim życiu. Uwijam się jak szalona, by jak najprędzej wyjść z tej śmierdzącej pułapki. Kiedy otwieram drzwi,  z ulgą wciągam głęboko w nozdrza świeże powietrze. Niestety umywalki nie ma. Coś nie do pomyślenia w naszym poukładanym świecie. Zniesmaczeni opuszczamy to miejsce. Idąc dalej mijamy coraz gęstsze tłumy turystów, co ostatecznie powoduje, że podejmujemy decyzję, by jechać do Mostaru na obiad. To kolejne dwie godziny drogi, a miasto jednak mniej oblegane i mamy większą szansę zaznać tam nieco spokoju.

Mostar urzekł nas jakiś czas temu podczas naszej poślubnej podróży. Pokaleczony wojną, z wszędzie widocznymi bliznami w postaci dziur po pociskach, wielokulturowy, z meczetami i kościołami, z kameralną urokliwą starówką i słynnym mostem zawieszonym nad szumiącą dostojnie rzeką Neretvą. Pamiętam smak i zapach kawy parzonej po turecku, która piliśmy w jednej z tamtejszych knajpek. Pamiętam pyszne jedzenie, kolorowe stragany i przemiłych ludzi.

Po stosunkowo krótkiej podróży docieramy na miejsce. Bez problemu odnajdujemy się w tym mieście. Pamiętamy większość ulic w centrum i układ starego miasta. Zadowoleni wchodzimy w uliczki pełne kramów z rozmaitymi towarami. Kaszmirowe szale, ręcznie haftowane obrusy, wykłuwane na miejscu ozdoby z metali, naczynka do parzenia kawy, kolorowa biżuteria, malowane gliniane miski i garnki- wszystko to wyeksponowane na dostojnym tle starego miasta, którego tak wiele zła i bólu ma zapisane w swej pamięci. Most na rzece jest odbudowany, a przejście nim stanowi obowiązkowy element spaceru po Mostarze. Nie ma zbyt wielu turystów, pogoda dopisuje. Jest tak jak chcieliśmy. Spokojnie i urokliwie. Zatrzymujemy się więc na obiad i z przyjemnością pochłaniamy wielkie porcje lokalnego jedzenia. Soczyste kofty podane z frytkami i surówką smakują wyśmienicie. Po sutym posiłku przechadzamy się spokojnie cichymi uliczkami kupując jeszcze ostatnie pamiątki do domu dla siebie i bliskich. I kawa! Koniecznie kawa parzona w tygielkach na turecki sposób. Czarna i gęsta jak smoła i słodka jak miód. Tak posileni i zrelaksowani jedziemy dalej, w stronę domu. W głowie już układam sobie, bo będę robić po powrocie. Planowanie podróży budzi w nas ekscytację i radość, ale po wielu dniach spędzonych w drodze, równie dużo euforii wywołuje myśl o powrocie do domu. Słońce schodzi coraz niżej, niebo zaczyna robić się lekko różowe. Dzień powoli się kończy. Jedziemy szczególnie urokliwą trasą wśród gór, w sąsiedztwie rzeki. Co jakiś czas zatrzymujemy się, by jeszcze przez moment na spokojnie popatrzeć na otaczającą nas potęgę przyrody. Pogoda po ostatnich ulewnych deszczach uspokoiła się i od kilku dni rozpieszcza nas. Po zmroku trafiamy na nieoświetlonej drodze pośród gór na postawioną w poprzek barierkę z zakazem wjazdu. Zdezorientowani zatrzymujemy się. Za barierką asfalt jest całkowicie zalany, ale jednocześnie gdzieś tam z naprzeciwka z ciemnej otchłani pośród potężnych gór wyjeżdża samochód. Prawdopodobnie da się więc tędy przejechać. Stojąc tak przed zakazem wjazdu sprawdzamy mapy, Google, nawigację i upewniamy się, że nie ma żadnego objazdu. Możemy się najwyżej cofnąć o jakieś 300 km. Jestem dosyć przerażona. Noc pomiędzy tymi górami wygląda wyjątkowo upiornie. Zalana droga to efekt ostatnich powodzi. Powrót taki kawał drogi nie wchodzi w grę. Ostrożnie bokiem mijamy zaporę. Jedziemy kawałek i wszystko wydaje się być w porządku. Kałuża po chwili już zamienia się w normalny asfalt. Drogę oświetlają tylko reflektory naszego samochodu. Oprócz nas nie ma na trafie żywej duszy. Tylko góry, noc i bezkresne niebo. Nagle Przemek zatrzymuje się. Przed nami droga jest całkowicie zalana. Nie wiemy jak głęboka jest stojąca woda, ale zalany jest fragment, który stanowi most na górskim potokiem. Przejechanie tędy jest co najmniej ryzykowne. Przemek bierze latarkę i wychodzi sprawdzić jak się sprawy mają. Przestraszona zostaję w samochodzie i czuję jak serce coraz mocniej mi bije. Oświetlając drogę przed sobą Przemek wchodzi do wody. Idzie coraz dalej, a ja coraz bardziej się boję. Po chwili która wydaje się trwać wieczność z ulgą zauważam, że wraca.

– Nie jest głęboko, ale to most. Może mieć osłabioną konstrukcję. Otwórz okno.- z powagą mówi mój mąż.

Wiem, co to oznacza. Jeśli wpadniemy do wody, jedynym ratunkiem będzie wypłynięcie przez otwarte szyby samochodu. Myślę o dziecku w moim brzuchu. Pierwszy raz w życiu ogarnia mnie nieznane dotąd uczucie lęku o swoje potomstwo. Najsilniejszy rodzaj strachu jaki odczułam, pierwotny i bezwarunkowy. Gdzieś głęboko w sercu czuję, że to ważny moment. Emocjonalnie budzę się do nowej roli- do roli prawdziwej matki.

Przemek powoli rusza i w momencie kiedy koła samochodu trafiają na wodę, mówię tylko jedno krótkie zdanie:

– Proszę cię, uważaj na Stasia.

Jakby wypowiedzenie tych słów mogło cokolwiek zmienić, tak jakby bez tej prośby nie był wystarczająco ostrożny. Powoli, z ogromną uwagą przejeżdżamy przez duże rozlewisko. Po chwili znów jesteśmy wśród gór, droga jest sucha, a noc dookoła cicha i bezkresna…

« 1 z 2 »

Dodaj komentarz