Dobrota czyli z dala od zgiełku- odcinek 27

Docieramy do Kotoru. Zgiełk, nieokiełznany ruch uliczny, tłumy przechodniów poruszających się we wszystkich kierunkach bez ładu i składu, hałas klaksonów i ryk silników momentalnie nas przytłaczają. Miasto położone jest przepięknie w zatoce otoczonej górami. Egotyczna roślinność i ciepłe promienie słoneczne łagodzą ten nastrój chaosu i bałaganu. W porcie zacumowały ogromne statki oraz dziesiątki małych żaglówek, motorówek, łódeczek. Na pewno nie możemy w tym kipiącym kotle zatrzymać się na dłużej. To nie jest nasza spokojna zatoczka, nasze miejsce wytchnienia… Postanawiamy więc jechać wzdłuż brzegu szukając odpowiedniego dla nas zakwaterowania. Z głównej drogi w dół wprost do linii brzegowej prowadzi mała uliczka. Zjeżdżamy nią i jedziemy drogą zbudowaną na równi ze spokojną taflą wody. Kotor zostawiamy za sobą, ale w odległości zaledwie kilku kilometrów trafiamy na malutką miejscowość o nazwie Dobrota. Apartamenty usytuowane są bezpośrednio przy drodze, którą się poruszamy i która stanowi jedynie wąski pasek asfaltu pomiędzy zabudowaniami a wodą. Jest cicho i spokojnie. Zatrzymujemy się więc i rozpoczynamy poszukiwanie naszego miejsca na kilka dni. Po krótkim spacerze bez problemu znajdujemy właściwe miejsce. Na pierwszym piętrze jednego z domów wynajmujemy apartament. Sypialnia, z której rozpościera się cudowny widok na zatokę, wygodna kuchnia z salonem, łazienka i duży taras. Jest pięknie, jest tak jak miało być. Rozpakowujemy się, bierzemy prysznic, odpoczywamy chłonąc w ciszy bajkowe widoki na naszym tarasie. Jeszcze tego samego dnia zamierzamy na spokojnie wrócić do Kotoru i zorientować się w ofercie rejsów po Boce. Wsiadamy więc w samochód i powrotem ruszamy w ten gwar i miejski tłum. Parkujemy na dużym płatnym parkingu tuż przy porcie. Przejście na drugą stronę ulicy stanowi wyzwanie. Ruch na drodze odbywa się na zasadzie walki o przetrwanie. Kto szybszy, kto sprytniejszy, kto odważniejszy, kto głośniej zatrąbi- wygrywa. Pieszy ma marne szanse. W końcu jednak udaje nam się przedostać na drugą stronę i będąc już bezpośrednio na przystani, zaczynamy pytać o rejsy. Dziś już nic nie odpływa, ale jutro około 9.30 mamy przyjechać i jeśli zbierze się kilka osób, to wypłyniemy na wycieczkę podczas której za niewielkie pieniądze obejrzymy Bokę z perspektywy wody oraz zwiedzimy na spokojnie najważniejsze miasta. Wracamy więc do siebie nacieszyć się spokojnym popołudniem na tarasie. Po drodze robimy jeszcze zakupy- świeże pachnące słońcem warzywa, bałkańskie sery, kolejna odmiana oliwy do kolekcji, wina dla Przemka, jakiś sok dla mnie, świeży chleb. Kiedy docieramy na miejsce, uśmiechnięci i zadowoleni szykujemy przepyszny posiłek. Świeży chleb maczany w tutejszej oliwie w akompaniamencie sera, papryki i słodkich jak owoce pomidorów smakuje oszałamiająco. Zjadamy olbrzymie porcje, a mój ciążowy brzuch zaczyna wyglądać jakbym nagle przeskoczyła 2 miesiące do przodu. Z tarasu na którym raczymy się tym prostym, swojskim i najlepszym pod słońcem jedzeniem rozpościera się wspaniały widok. Urzeczeni nim, siedzimy w ciszy i po prostu chłoniemy. Najpiękniejsze chwile tak właśnie wyglądają…

Kiedy dzień zbliża się powoli ku końcowi, postanawiamy jeszcze wybrać się na spacer po tej urokliwej mieścinie. Idziemy powoli jedyną tutaj ulicą mijając kolejne apartamentowce, urocze rodzinne knajpki, mini plaże zbudowane na brzegu zatoki. Sporadycznie mijamy pojedynczych ludzi. Czas tutaj płynie w cudownym tempie. Niespiesznie, bez rozgorączkowania, w jedyny właściwy sposób. Widoki zapadają głęboko w pamięci i w sercu. Boka Kotorska- bałkański fiord, niekwestionowany cud natury, który dziś dane jest nam podziwiać osobiście. Nie jesteśmy tutaj pierwszymi turystami, żadni z nas pionierzy, ale uczucie jakie budzi się we mnie świadomość bycia właśnie tutaj, to mieszanina wzruszenia i wdzięczności, że dotarliśmy w tak cudowny zakątek świata. Tak blisko od domu, a jednak daleko. Tak swojsko, europejsko, a jednak niespotykanie…

– Może usiądziemy gdzieś napić się czego? Na piwo mam ochotę.- zagaduje Przemek

– Ok., to może od razu jakieś jedzonko?- uśmiecham się na samą myśl o czymś pysznym, lokalnym.

Siadamy więc w knajpce przy brzegu i zamawiamy. Ja wybieram risotto, a Przemek małże. Wszystko smakuje fantastycznie. Świeże, aromatyczne, przyprawione ziołami. Czuć, że gotowane z sercem i pasją. Z pełnymi brzuchami wracamy zadowoleni do pokoju. Wieczór spędzamy zapatrzeni w migające w oddali światła Kotoru. Do portu wpłynął ogromny wycieczkowy statek pasażerski. Wygląda nawet z tak daleka jak gigantyczne miasto na wodzie. Jutro w Kotor pełen będzie turystów, którzy przypłynęli tym kolosem. Dobrze, że zaplanowaliśmy sobie rejs. Przynajmniej nie utkniemy gdzieś w mieście pośród tego tłumu.

Dodaj komentarz