Dom na cmentarzu- odcinek 7

Poranek wita nas rześkim powietrzem i ostrym słońcem. W mojej głowie kłębi się wiele myśli. To początek wyjazdu. Bardzo bliskie Polsce Węgry, stosunkowo niewielka dawka egzotyki. Ja jednak czuję już tę niezwykłą radość całą sobą- radość podróżowania i poznawania, radość oderwania się od codziennych spraw, radość, którą daje tylko poznawanie świata. Jak to jest, że życie większości z nas upływa pod znakiem pracy i obowiązków. Codzienny kołowrotek, dzień podobny do dnia. Któż to tak wymyślił? Kto nadał ten rytm naszemu życiu? Czy te trzy tygodnie to naprawdę szczyt możliwości jeśli chodzi o nasze podróże? Wiele pytań, żadnych konkretnych odpowiedzi. Myśli swobodnie płyną pod półprzymkniętymi powiekami. Szkoda jest mi marnować choćby minutę. To tylko trzy tygodnie… Wstajemy! Ogłaszam pobudkę tonem nieznoszącym sprzeciwu. Trzeba dobrze zagospodarować ten nowy piękny dzień.

Poranek upływa w atmosferze lekkiego pośpiechu. Pakujemy się, na szybko planując kolejny odcinek trasy. Mamy czas na ostatni rzut oka na tą mieścinę do około 15:00- tak sobie założyliśmy. Szczerze mówiąc mam ochotę już jechać. Tokaj nie jest duży, wczoraj było sporo wrażeń, dużo spacerowaliśmy. Przeszliśmy całe centrum tego prowincjonalnego miasteczka, nacieszyliśmy oczy widokiem starych eleganckich barokowych domów, które należały niegdyś do greckich i żydowskich handlarzy wina. Cóż więcej moglibyśmy zobaczyć? Leniwie ruszamy tyłki i wychodzimy na ulicę. Jest cieplutko, przyjemnie. Z dnia na dzień coraz słońca, coraz bardziej czuć nadchodzące lato. W Polsce zapewne jest kilka stopni mniej, może pada. A tutaj, tak blisko od domu, a jednak na tyle daleko by rozkoszować się majowym ciepłem leniwie i bez pośpiechu. Nie ma potrzeby łapczywie łykać każdy promień słońca, nikt nie sprawdza co chwilę prognozy pogody oczekując tego, co oczywiste i nieuchronne w naszym klimacie- rychłego pogorszenia aury, opadów, ochłodzenia. Tutaj każdego dnia lato jest coraz bliżej, coraz łaskawiej obdarowując swoimi urokami. Spacer jest ogromną przyjemnością. Jeszcze raz przyglądam się tutejszej zabudowie i chłonę leniwy klimat miasteczka, które- mimo tego wrażenia spowolnienia- żyje i jest na swój sposób gwarne i pełne werwy. Zatrzymujemy się w centrum, tuż przy kościele, tam gdzie wczoraj odbywał się koncert. Wybieramy małą cichą knajpkę serwującą drobne przekąski, desery i lokalne wina. Właściwie do Tokaju jedzie się po to, by zwiedzać winnice, kosztować win, odwiedzać słynne piwnice Rakoczego. Podobno omszale porośnięte mchem korytarze ciągną się 1,5km w głąb zbocza Łysej Góry, przy której położony jest Tokaj. Brzmi ciekawie? Być może… Ba, z całą pewnością ciekawie! Pod warunkiem, że nie jest się osobą która wybiega z każdej piwnicy z krzykiem łapczywie walcząc o każdy oddech, z zimnym potem na całym ciele, drżąc jak osika i przeklinając siebie oraz cały świat za pomysł chociażby wścibienia nosa w jakiekolwiek miejsce znajdujące się pod ziemią, o niskim stropie, ciemne, nie daj boże zawilgotniałe! Tak, tak- to się nazywa klaustrofobia. Przypadłość szczególnie upierdliwa dla kogoś kto naprawdę lubi zwiedzać. Kilka razy udało mi się zapanować nad lękiem, z własnej woli odwiedzić np. kopalnię czy sztolnię. Tym razem jednak jestem w ciąży. Nie mam pewności, jak zareaguję, a narażanie Staśka na mój nagły skok ciśnienia, wyrzut adrenaliny i kortyzolu nie wchodzi w grę. Mój odmienny stan siłą rzeczy wymusił więc na nas nieco inny styl zwiedzania tego regionu.

Wino od czasu do czasu pojawia się przy posiłku mojego męża. Dziś ostatni dzień i ostatnia okazja, by skosztować regionalnego specjału.

Siadamy przy stolikach na zewnątrz. Wyciągam twarz do słońca w oczekiwaniu na zamówienie. Krem z kasztanów podany z bitą śmietaną i czekoladą- brzmi wspaniale. Dla Przemka lampka Tokaj Aszu.

Zachcianka na słodkie mija z pierwszym kęsem. Okropne! Słodko- mdła pasta polana syntetyczną pseudo śmietaną w sprayu. Rezygnuję z dalszej konsumpcji, za to Przemek rozkoszuje się aromatem wina. Postanawiamy przywieźć trochę do domu i ruszamy na zakupy.

Oddalamy się nieco od centrum i szukamy jakiejś piwnicy przy mniej uczęszczanych uliczkach.  Po kilku minutach nasz wzrok przyciąga polska flaga. To sklep winiarski. Prowadzi go Węgier, który twierdzi, że mówi po Polsku. Początkowo wziął nas za Niemców, jednakże ustaliwszy naszą prawdziwą narodowość od razu z radością pochwalił się swymi umiejętnościami. Uradowani i zaskoczeni przechodzimy więc na polski. Szybko okazuje się, że znajomość naszego pięknego języka kończy się na „dzień dobry”, „dobre wino”, „niedrogo”, „kup przyjacielu”, „jak się masz” itp. Kilka prostych zwrotów. Sprzedawca znowu przechodząc na angielski, który także daleki jest od ideału czy chociażby względnej poprawności, opowiada nam o znajomych, których ma w Polsce. To od nich nauczył się naszego języka. Cóż, znajomi chyba powinni bardziej zaangażować się w korepetycje… Mimo wszystko rozmowa jest przesympatyczna i wesoła. Kupujemy dwie butelki i ruszamy dalej.

Coraz bardziej oddalamy się od centrum. Mijamy coraz mniej strojnych starych budynków, a coraz więcej bardziej współczesnych, ale w większości również bardzo zaniedbanych zabudowań. Z każdym krokiem magię Tokaju, jego urok zostawiamy coraz dalej za sobą. Wygląda to tak jakbyśmy powoli wybudzali się z przyjemnego snu, coraz bardziej dopuszczając do siebie jawę, która ma w sobie mniej kolorów, mniej słońca i właściwie żadnej niezwykłości. Idziemy dalej. To tutaj zaczyna się to prawdziwe życie, które zawsze mnie interesuje podczas podróży. To tutaj urok odnowionego i ukwieconego centrum ustępuje miejsca zwykłym codziennym troskom. Tutaj toczy się prawdziwe życie. Idziemy więc dalej, przed siebie, bez celu. Patrzymy, rozglądamy się i milczymy. Co krok mijamy małe prywatne winniczki. Ach, jakże przyjemnie byłoby zobaczyć taką prawdziwą niekomercyjną piwnicę w zwykłym tokajskim domu…

Kilka kroków dalej idąc lekko pod górę dochodzimy do cmentarza. Położony na zielonym łagodnym zboczu, pełen starych kamiennych pomników, niektóre porośnięte mchem, nadgryzione zębem czasu. Kilka nowych grobów, kwiaty. Bujna zieleń dookoła. Wszechobecna cisza. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie. Piękny mały, malowniczo położony cmentarz w małej starej miejscowości. Idziemy zobaczyć. Zawsze zwiedzamy cmentarze. Najczęściej odwiedzamy te słynne jak wileński cmentarz na Rossie czy wesoły cmentarz w rumuńskiej Sapante, ale ten – nieopisany w przewodniku, niepozorny cmentarzyk w Tokaju- ma w sobie coś niezwykłego. Wejście prowadzi przez schludną nową bramę, przy której znajduje się parterowy budynek. Z góry zakładamy, że jest to siedziba administracji cmentarza.  Z bliska okazuje się jednak coś zgoła innego…  Pokryty dachówką budynek o zielonkawej elewacji to domek mieszkalny. Znajduje się on na terenie cmentarza i co więcej tuż obok widzimy pięknie zagospodarowany ogródek z licznymi nasadzeniami. Równiutki grządki wschodzących już jadalnych roślin, kwiaty. Nie możemy się nadziwić! Jest to dość osobliwy widok, tym bardziej że domek położony jest w dole wzniesienia na którym znajdują się groby. Moja wyobraźnia bardzo szybko podsuwa mi dość makabryczne wizje tego czym nawożone są wspaniale prezentujące się rośliny w owym ogródku. W czasie opadów woda spływa z góry wypłukując i zabierając ze sobą to co napotka po drodze. Nawet jeśli nie ma mowy o jakiejś gwałtownej ulewie, nawet jeśli deszcz jest na tyle słaby, ze jedyne co ze sobą zabiera spływając w dół to kawałki liści i drobne ziarenka piasku, to mimo wszystko życie w tym domu, uprawianie tego ogródka jawi mi się jako makabryczny dowcip.

Kto tu mieszka? Kto zajmuje się tym ogrodem z takim oddaniem i pasją? Kto żyje na granicy świata żywych i umarłych? Tego oczywiście się nie dowiemy. Kilka kroków dalej podobna brama i obok niej domek, jednakże już dawno opuszczony. Dlaczego właściwie aż tak szokuje mnie ten przycmentarny mały domek? Jest zadbany, ogród tętni życiem, widać tu rękę kogoś bardzo cierpliwego, kogoś kto kocha rośliny, kto kocha życie. Czy tak bliska odległość grobów nie jest zbyt upiorna? A może to tylko moje osobiste lęki i przekonania, moje fobie nakierowują w tym momencie mój tok myślenia w taką stronę. Może nie ma nic nadzwyczajnego w codziennym życiu w tym małym domku. Ktoś kto tu mieszka zapewne nawet nie zauważa, że tuż obok jest cmentarz. A jeśli nawet go widzi, może po prostu jako rzecz zupełnie naturalną przyjmuje odwieczny cykl życia i śmierci. Podróże uczą, otwierają oczy. Pokazują jak różnorodny jest świat pod względem nie tylko fauny i flory, ale przede wszystkim ludzkich obyczajów. Nasza normalność gdzie indziej uznawana jest z pewnością za kompletne dziwactwo. Dlaczego więc miałabym oceniać, w jakikolwiek sposób starać się zaszeregować tą sytuację. Owszem, w Polsce rzecz niebywała chociażby ze względu na przepisy, Sanepid czy inne instytucje. Jesteśmy jednak na Węgrzech. Tak blisko i jednocześnie tak daleko od domu…

W lekkim osłupieniu opuszczamy to miejsce. Czas ruszać w drogę. Przed nami wiele długich kilometrów i następny cel- dobrze nam już znana i bardzo lubiana- piękna Rumunia.

3 myśli na temat “Dom na cmentarzu- odcinek 7

Dodaj komentarz