Faszerowana papryka- odcinek 5

Budzi mnie głód, harmider, gorąco… Czuję, że ciuchy nieprzyjemnie lepią się do mojego ciała. Jest już około 16:00, przespaliśmy pół dnia. Przemek chrapie obok, wydając dźwięki jak stara lokomotywa. Właściwie nie wiem, jaki rodzaj hałasu mnie obudził- ten za oknem czy ten tuż obok mojego ucha. Skłaniam się zdecydowanie bardziej ku opcji nr 2. Przy łóżku cały arsenal- aparaty fotograficzne, lampa błyskowa, telefony- wszystko podłączone do ładowarek. Jeszcze chwila i ruszymy na zwiedzanie. Uwielbiam ten stan! Wyspana, daleko od domu, daleko od codzienności, z najlepszym towarzyszem przygód, zaopatrzona w ukochaną lustrzankę czuje już na karku powiew przygody. To tylko Węgry, jeszcze najlepsze przed nami, ale już jest TEN czas- czas podróży, czas poznawania, czas chłonięcia wszystkiego co nas otacza, czas, którego nigdy nie zapomnimy…

Zwlekam się z łóżka i pędzę pod prysznic. Woda jest przyjemnie ciepła i orzeźwiająca. Nie przeszkadza mi nawet fakt, że łazienka jest niezwykle ciemna, wyłożona brązowymi kaflami, z miniaturowym okienkiem i irytująco mrugającą żarówką. Nie żałuję sobie wody i stoję pod prysznicem dobre kilkanaście minut, aż zasłonka dupoklejka ostatecznie mnie wkurza.

Przemek obudził się, czeka na łazienkę. Bardzo szybko- o dziwo- tym razem się szykuje i już po 15 minutach jesteśmy na dole. Staś domaga się żarcia! Niemiłosiernie burczy mi w brzuchu. Zatrzymuje nas recepcjonista, sadza przy małym stoliczku i nalewa po kieliszku Tokaja. Hola, hola! Czy pan nie zauważył? Nie mogę się nadziwić, bo moja ciąża widoczna jest już nawet dla półślepego. Mężczyzna niezrażony moją zdziwioną miną i spojrzeniem pełnym dezaprobaty wyszczerza zęby w uśmiechu, zostawia nam butelkę i oddala się. Wino pięknie pachnie, a o walorach smakowych dowiaduję się z opowieści Przemka. Właściwie szczegółowo zrelacjonował mi jaki jest ten smak, jaki bukiet, ale nie jestem w stanie tego przytoczyć. W tamtym momencie miałam ogromną ochotę spróbować- no bo jak to? Być w Tokaju i pić sok? Dlatego coraz bardziej pospieszałam go do wyjścia na jakąś dobrą kolację.

Idąc główną ulicą oddalaliśmy się od starszej części miasta i zmierzaliśmy w dół w kierunku Cisy. Spokojnie rozglądałam się i chłonęłam ten malowniczy krajobraz. Łagodne wzgórza, piękne domki w nieco dworkowym stylu i znaki drogowe, których mimo szczerych chęci nie byłam w stanie przeczytać. Przez moment przyszła mi do głowy myśl, w jaki sposób zamówimy jedzenie w restauracji. Ale przecież to tylko Węgry- daliśmy radę w Stambule, w Kairze, w Tunisie to nie polegniemy na Węgrzech! To prawie po sąsiedzku, Polak Węgier dwa bratanki…

Nazwy są naprawdę przedziwne, niekiedy aż rubasznie zabawne. Sklep z odzieżą ma w nazwie coś a’la cipok. Ciuchy dla kobiet. No cóż- może takie pejoratywne określenie płci..

Knajpa do której zmierzamy została nam polecona przez hotelowego recepcjonistę. Oczekuję więc, że będzie pysznie, regionalnie, niedrogo i typowo tubylczo. Spacer z dala od centrum nastraja mnie pozytywnie, bowiem normalnym jest że cały ruch turystyczny odbywa się na starówce. To tam każdego dnia w sezonie przewalają się tłumy turystów, to tam zorganizowane grupy przystają jak na komendę pod wskazanym zabytkiem, punktem czy jadłodajnią. To tam – na starówce- jest najdrożej i najmniej „dla swoich”. Takie mamy doświadczenia z dotychczasowych podróży. Aby poznać dane miejsce, ludzi, miasto, kuchnię, koniecznie trzeba zejść z utartych szlaków. Ja najchętniej wyrzuciłabym wszystkie przewodniki, którymi jak zwykle obładował nas Przemek. Tym się różnimy- on czyta długie tygodnie przed wyjazdem i ma w małym paluszku wszystkie turystyczne punkty „must” w danym rejonie. Ja z czystego uporu odmawiam zaglądania do przewodników, na miejscu kłócę się  i przewracam oczami za każdym razem, jak pada słowo „przewodnik”, z pełną premedytacją wchodzę w rolę przysłowiowej blondynki, byle tylko nie czytać o kolejnym kościele i neogotyckiej wieży. Gdyby nie barani upór Przemka, pewnie nie zwiedziłabym połowy miejsc, które ostatecznie rzeczywiście warte były zobaczenia. Z drugiej jednak strony moja buntownicza natura niejednokrotnie doprowadzając do kłótni i do pozwu rozwodowego, powodowała taki zbieg zdarzeń, zmianę wstępnego planu, że w ostatecznym rozrachunku poznawaliśmy coś nowego, niespodziewanego i bardzo godnego uwagi.

Po lewej stronie ulicy, tam gdzie w dole płynie spokojna szeroka wstęga rzeki, widzimy duży budynek z tarasem zawieszonym tuż nad wodą. To restauracja, której szukamy. Są tubylcy! Przy dużym stole obok siedzi dość liczna rodzina. Stół ugina się od półmisków, niedojedzonych dań, butelek wina, kieliszków i brudnych serwetek. Jest gwarno, swojsko, wesoło i rodzinnie. Zapowiada się, że czeka nas równie udana uczta.

Dostajemy karty w języku- a jakże!- węgierskim. Angielskiej wersji nie ma… Nie ma też zdjęć ani niczego w języku Madziarów, co mogłoby nas naprowadzić na właściwy trop. Na dole przy ulicy widać lodziarnię i budkę z Fast foodami. Na budce są rysunki i podpisy. To tylko upewnia nas w przekonaniu, że tego języka nie jesteśmy w stanie rozszyfrować metodą skojarzeń, podobieństw etc. Frytki? Ależ proszę! Sultkrumpli już się robi! Przecież to jest do niczego nie podobne!

Dalsze usilne studiowanie menu mija się z celem. Przemek woła kelnera, by spróbować się dogadać. Ja marzę o nadziewanej mięsem zapiekanej papryce, Przemek o gulaszu. Dania dość proste i oczywiste jak na Węgry, nie spodziewamy się więc żadnych problemów ze złożeniem zamówienia. Szybka wymiana zdań po angielsku, tzn. my mówimy kelner przytakuje i nasze zamówienia już są przyjęte. Ufff… Udało się!

W dole Cisa szumi, siedzimy w cieniu i rozkoszujemy się byciem tu i teraz. Wkrótce pojawia się kelner z naszymi daniami. Stawia przed nami parujące talerze, uśmiecha się i grzecznie oddala.

Moje szeroko otwarte oczy i lekko rozdziawiona buzia odprowadzają mężczyznę, który spokojnym krokiem zmierza w głąb restauracji. Poszedł, zostawił nas, a minę miał przy tym wyrażającą absolutną pewność co do prawidłowo zrealizowanego zamówienia.  Pachnąca aromatyczna para ściąga moją uwagę powrotem w stronę talerza. Nadziewana mięsem i warzywami, ewentualnie kaszą papryka, zapiekana, najlepiej z żółtym serem- tego pragnęłam od kilu godzin! Na myśl o tej cholernej papryce śliniłam się jak szczerbaty do sucharów! Hmm może mam omamy wzrokowe, ale stojąca przede mną potrawa ani trochę nie przypomina mi mojej wymarzonej papryki! Z ogromną konsternacją próbuję otrzymanego dania. Jest to jakiś rodzaj słodkowodnej ryby (sic! Nie cierpię!) w paprykowym sosie (jest papryka!), podany z białym serem i skwarkami ze słoniny. Połączenie co najmnie zaskakujące, oryginalne i niespodziewane. Będąc w błogosławionym stanie zdarza mi się mieć dziwne pomysły żywieniowe, ale to przerasta moją kulinarną wyobraźnię na tym etapie ciąży. Twarog z rybą i skwarkami? O co tu chodzi? Próbuję. Nie lubię słodkowodnych ryb i ta również nie przypada mi do gustu. Twarog preferuję w wersji ze śmietaną, szczypiorkiem i rzodkiewką podany na chrupiącej bagietce. Zdecydowanie nie pasują mi skwarki. Jedynie paprykowy sos ma jakiś konkretny, znośny, a właściwie całkiem przyjemny smak.

Pudło! Ta węgierska potrawa daleka jest od moich kulinarnych preferencji. Głód i wierzgający Stasiek robią jednak swoje. Obawiając się kolejnego kopa pod żebro, zjadam pospiesznie połowę tej wydumanej potrawy. Ach jakże chciałabym popić zimnym, gorzkim piwem! Dokładnie takim pięknym złocistym, z cudną pianką, jakim raczy się mój małżonek. Tym wspaniałym piwem popija swoją kolację, która daleka jest od zamówionego gulaszu.
W jego talerzu owszem znajduje się mięso. I owszem jest przyprawione papryką. Z tym że zamiast w gęstym aromatycznym sosie, pływa w lekkiej zupce. Przyjemnej w smaku, dość wyrazistej, podanej z chlebem tak jak prosił, ale jednak tylko zupie. Miał być gęsty ciężki sos. Konkretne żarcie! Pasza dla strudzonego kierowcy! A mamy ciemny rosołek z mięsem i kromką chleba.  Przemek jednak mimo wszystko trafił lepiej i jego potrawa bardziej mi odpowiada. Wyjadam mu trochę. Właściwie to nie ja tylko z pewnością Staś, a przecież dziecku nie odmówi!

Kolacja niewypał. Trochę zasmuceni udajemy się powrotem do hotelu. Dzień się kończy.

 

Dodaj komentarz