Grecka oliwa i Gjiokastra-odcinek 18

„No to lecimy! Spakowane wszystko? Zerknij jeszcze na wszelki wypadek pod łóżka.” Woła do mnie Przemek wkładając torbę do samochodu. Wracam do pokoju, rzucam okiem na wszystkie kąty i zbiegam na dół. Poranek jest zimny i bardzo deszczowy. Spokojna i gładka jak stół tafla jeziora, dziś zmieniła się nie do poznania. Turkusowa barwa wody ustąpiła miejsca odcieniom szarości i ciemnej zieleni, a o zacumowane przy brzegu łódeczki rozbijają się spienione, niesione silnym wiatrem fale, zupełnie jakbyśmy byli gdzieś nad morzem. Odjeżdżamy, nie mówiąc jednak „żegnaj Ochrydzie” lecz „do zobaczenia…”.

„Ruda chcemy oliwę? Możemy trochę zboczyć z trasy i wpaść na chwilę do Grecji. Co ty na to?” pyta Przemek

„No pewnie! I zatrzymajmy się tam na jedzenie!”

Zatem ustalone. Jedziemy trochę dłuższą drogą, trochę na około, ale skoro zachciało nam się do Grecji to czemu nie! Nawet nie zauważam, kiedy mijamy granicę. Po nocy spędzonej w wygodnym łóżku w Ochrydzie, dzisiejsza podróż jest czystą przyjemnością. Rozglądam się łapczywie chłonąc krajobrazy, fotografując, tak jakbym chciała te przelatujące za szybą samochodu obrazki zatrzymać, nie pozwolić im przeminąć. Taki właśnie sens ma fotografowanie. Wyjątkowy moment, jedno spojrzenie i już widzę kadr. Często sięgam po aparat, chociażby ten w telefonie. Robię setki zdjęć i z pasją je segreguję, obrabiam, kataloguję, oglądam wielokrotnie. Przemek nie podziela mojej pasji do dokumentowania wszystkich momentów ważnych, a także tych mniej istotnych, ale w jakiś sposób wyjątkowych, może ulotnych. Nie komentuje jednak, kiedy raz za razem z obiektywem przyłożonym do przedniej szyby naciskam spust migawki. Oglądam tą podróż trochę jakby przez podwójne szkło, przez aparat. Jednak kiedy po jakimś czasie wrócę do tych zdjęć, będę sama sobie wdzięczna, że je robiłam. Zdjęcia są dla mnie najważniejszą i najpiękniejszą pamiątką z podróży. Nie mogę się bez nich obejść.

Jedziemy górską drogą, przy której dość licznie przycupnęły przydrożne kapliczki. Różnią się znacząco od naszych polskich. Są jak malutkie świątynie, z okrągłą kopułką. Dookoła nas rozciąga się pasmo gór, a roślinność w pierwszym momencie zaskakuje. Grecja kojarzy się głównie z pobytem nad morzem, a tam palmy i śródziemnomorska flora, białe domy, niebieskie dachy. Tymczasem mijamy niezbyt urodziwe miasteczko, gdzie większość posesji wymaga gruntownego sprzątania, a domy remontu. Droga jest wąska, wyboista. Rosną przy niej bardzo swojsko wyglądające liściaste drzewa. Trudno uwierzyć, że jesteśmy w Grecji. W końcu docieramy do większej miejscowości, parkujemy samochód i wychodzimy do marketu. Zwykły lokalny supermarket ma taki wybór oliw, że nie jesteśmy w stanie się zdecydować. Sympatyczna ekspedientka, nie znając ni w ząb angielskiego, usiłuje nam przedstawić walory smakowe i różnice pomiędzy różnymi gatunkami tego wspaniałego tłuszczu. Zaopatrujemy się w kilka pięciolitrowych puszek i jedziemy dalej. Droga prowadzi nas przez park narodowy i zaczyna być naprawdę pięknie. Wysokie, strome górskie zbocza porośnięte gęsto soczyście zieloną roślinnością, wypasające się owce i droga, która zaskakuje nas swoim fatalnym stanem. Jedziemy w kierunku Gjiokastry w Albanii. Jeśli Grecy tak dbają o drogi, co zastaniemy po przekroczeniu granicy? Czuję przyjemny dreszczyk emocji. Pogoda nas natomiast nie rozpieszcza. Na szarym niebie kotłują się złowrogo wyglądające ciemne chmury, z których leje zimny deszcz. Od wczoraj pada właściwie non stop.

Kiedy wjeżdżamy na teren Albanii, niebo nad nami prezentuje się już bardzo groźnie. Potężne piętrzące się chmury wyglądają jakby były z ołowiu. Wszystko jest szare i ponure, a niebo wręcz czarne. Albania… Dziki kraj. Góry, serpentyna wąskiej drogi, zarwane pobocza, stada kóz i baranów. Do tego ta ulewa… Wygląda na to, że ostrzegający nas przed tym krajem malkontenci mogli mieć rację. Jest jakoś złowrogo, nieprzyjaźnie. Rozglądamy się z zaciekawieniem i zauważamy, że na polanach, zboczach gór i w różnych dziwnych miejscach wystają jak ogromne betonowe grzyby stare bunkry. Jest ich mnóstwo. Bardzo osobliwy widok, który tylko dodaje smaczku całej sytuacji. Wycieraczki nie nadążają zbierać deszczu, a my pniemy się coraz wyżej w górę. Mimo otaczającej nas mgły i nisko zawieszonych przesłaniających widok chmur, jest naprawdę niesamowicie. Wysiadam na chwilę, by zrobić kilka zdjęć. Droga wygląda jakby prowadziła donikąd. A jednak co kilka minut mija nas jakieś albańskie auto. Jakieś tzn. mercedes. O, tak! Albania to zdecydowanie kraj mercedesów, bunkrów i kóz! Te trzy znaki rozpoznawcze są dosłownie wszędzie. Trochę się boję tej Albanii. Im bliżej miasta, tym więcej biedy widzę. Chałupki sklecone z jakiś deseczek, płyt, kartonu… Odrapane budynki, przydrożny handel wszystkim i niczym i ludzie, którzy rozpoznawszy zagraniczną rejestrację przyglądają nam się. Czasem mam wrażenie, że złowrogo… Albanio, czy mnie zaskoczysz? Czy dasz się polubić? Jak cię zapamiętam?

Kiedy dojeżdżamy do twierdzy Gjiokastra, deszcz nadal nie daje za wygraną. Czuję się bardzo senna, jest mi zimno, a wąska droga pod górę prowadząca do celu wyglądała na jeszcze mniej cywilizowaną, niż to co mijaliśmy dotychczas. Mam dziwne obawy, że kiedy wysiądziemy z samochodu, może stać się coś złego. Ktoś ukradnie nam wóz i nie będzie to policja jak w Serbii. A może ktoś nas okradnie- aparat, portfele… Przypomina mi się niebezpieczna sytuacja z Tunezji, kiedy zauroczeni mediną w Tunisie, daliśmy się namówić miejscowemu cwaniaczkowi na wejście w jakąś podejrzaną uliczkę. Zdrowy rozsądek wrócił nam w ostatniej chwili i wycofując się, zobaczyliśmy tylko kątem oka, jaki komitet powitalny czekał na nas na końcu tego ślepego zaułka.

Wysiadamy. Twierdza jest imponująca! Cisza dookoła aż dzwoni w uszach. Oto jesteśmy w przepięknym, zapierającym dech w piersiach turystycznym miejscu i nie ma nikogo oprócz nas! Zwiedzanie bez towarzystwa! Coś niesamowitego, coś wspaniałego! Nigdy dotychczas nie udało nam się doświadczyć takiego luksusu. A jeśli po wejściu do twierdzy ktoś z lokalsów nas napadnie i zabije? No cóż, pięknie tu… Ostatecznie są gorsze miejsca, by umrzeć.

Ciemny długi korytarz o bardzo wysokim sklepieniu ciągnie się bez końca. Z wnęk w ścianach wystają przeogromne lufy armat, a całość oświetla słabe pomarańczowe światło jakiejś marnej żarówki. Przechodzą mnie ciarki. Przemek ma ogromny uśmiech na twarzy i chodzi zachwycony żwawym krokiem. Kiedy wychodzimy na zewnątrz, wita nas panorama na całe miasteczko Gjiokastra uwieńczona przepiękną tęczą na ołowianym szarym niebie. Bielone ściany domów widocznych w dole w oddali silnie kontrastują z kolorem nieba. Dachy nie są tak czerwone jak w Macedonii. Tutaj wyglądają jakby kolor został sprany, może wyblakł od słońca, a może to dzisiejsza szarość pogody odebrała im nieco barw. Zresztą tych czerwonych jest znacznie mniej. Tutaj króluje szarość we wszystkich odcieniach. Miasteczko w dole położone jest między pasmem gór, wśród zieleni, która im wyżej tym mniej intensywną barwę przybiera. Stoimy na trawniku, na ogromnym otwartym placu między twierdzą a otaczającymi ją murami. Mijamy coś co wygląda na scenę, prawdopodobnie odbywał się tutaj jakiś koncert. Cisza, deszcz dudniący wokół, tęcza mieniąca się feerią barw i my już prawie w trójkę na szczycie twierdzy Gjiokastra. Kolejny raz podczas tej podróży poczułam, jakim szczęściem jest przeżywać wspólnie radość z poznawania świata. Jak będzie za rok? Co się zmieni, kiedy Staś pojawi się już całkiem na serio w naszym życiu? Gdzie pojedziemy? W tamtym momencie jestem absolutnie przekonana, że wyruszymy w kolejną wyprawę nim bobas skończy pierwszy rok życia. Nie chcę przecież osiąść z nim w domu, zakopać się w stercie pampersów i oglądać świat tylko w telewizji. Na pewno uda nam się wszystko tak zorganizować, że nie zmieni się nic prócz dodatkowego pasażera w aucie i wózka w bagażniku. Stojąc na twierdzy w Gjiokastrze jestem absolutnie pewna, że się nie mylę w tej kwestii.

Kierujemy się powoli powrotem do samochodu. W małym budyneczku tuż przy rozstawionej scenie są uchylone drzwi. Zaglądamy z ciekawością! Przeżywam szok. Od zawsze odkąd tylko sięgam pamięcią panicznie boję się zwłok, trumien, pogrzebów i wszystkiego co związane z nieboszczykiem. Ta granica między światem żywych i umarłych, między ciałem w którego żyłach pulsuje krew a ciałem już tego pulsu pozbawionym, jest dla mnie niepojęta. Śmierć przeraża mnie, bo nie potrafię jej zrozumieć. Ciało, które żyło, które nosiło duszę, nagle staje się gnijącym kawałkiem zwłok… A co z tą duszą? Jest? Nie ma jej? A jeśli jest, to gdzie się teraz podziewa?  Za uchylonymi drzwiami jest grób. Maleńkie pomieszczenie, pośrodku trumna zamknięta w prawdopodobnie kamiennym grobie, nakrytym białymi serwetami, sztucznymi kwiatami. Leży też kilka modlitewnych sznurów, które w religii islamskiej są odpowiednikiem różańca. Jestem przerażona i chcę odejść z tego miejsca jak najdalej. Przemek robi zdjęcie i wracamy do samochodu. Niebo nadal płacze…

GRECJA

GJiOKASTRA

« 1 z 2 »

9 myśli na temat “Grecka oliwa i Gjiokastra-odcinek 18

    1. Życzę zatem, aby marzenie się spełniło. My w tej podróży Grecję widzieliśmy dosłownie przez moment, kupując tylko oliwę. Celem była Albania i ten kraj bardzo polecam.

Dodaj komentarz