Maj 2014r…. – odcinek 1

Mamo, nie martw się, proszę. Przecież to nie jest koniec świata! My zawsze tak jeździmy! No i co z tego? Wszystko jest w najlepszym porządku, mam zgodę lekarza. Relaks, jak najmniej komputera, ale ruchu nie muszę sobie żałować! Będziemy robić częste przystanki. Wezmę wszystko co niezbędne, nawet ciśnieniomierz! Tak! Wszystko jest dokładnie zaplanowane! Całuję cię, pa!”
Odetchnęłam głęboko, rozłączając się. Majowe ciepłe słońce oślepiało mnie, bezpardonowo wbijając się do pokoju przez lekko przykurzone okna. Dzień był piękny. Na stole stał laptop, a w nim otwarte kilka stron: Google maps, informacje o opłatach drogowych i winietach oraz opisy Albanii. Ostre promienie słońca utrudniały swobodne czytanie zawartości sieci. Śpiący pod stołem pies zaczął niepokojąco kręcić się w okolicach drzwi wyjściowych. Szybko założyłam buty i wyszłam z nim do parku. Powolnie przemierzając alejki, upajałam się majowym ciepłem. Powietrze pachniało charakterystyczną mieszanką woni pierwszych kwiatów i psich odchodów na parkowych trawnikach. Słodko- obrzydliwy zapaszek pierwszych dni prawdziwej wiosny. Spacerując z moim staruszkiem, wyciągałam twarz do słońca i przymykałam powieki myśląc o czekającej mnie przygodzie. Przygodzie szczególnej, bo najprawdopodobniej ostatniej tego typu. Przynajmniej na jakiś czas… Wracając do domu, zatrzymałam się jeszcze w osiedlowym markecie. Przy kasie miła starsza pani o wyjątkowo mocnej trwałej ondulacji z uśmiechem przepuściła mnie w kolejce. Stara szkoła! W końcu ciężarne mają pierwszeństwo! Ciąża to błogosławiony stan. Trzeba się oszczędzać… No właśnie… Czy podróż do Albanii wpisuje się w to co przyszła matka powinna robić oczekując swego pierworodnego? Nie miałam wątpliwości. Ta podróż to realizacja kolejnego marzenia, a życie powinno być sumą zrealizowanych planów i spełnionych marzeń. Kiedy Staś urodzi się, będziemy go zabierać na takie wyprawy. Pierwszą odbędzie bezpośrednio pod moim sercem…
Na ten wyjazd mieliśmy 3 tygodnie, a celem było przejechanie wybrzeża Albanii. Droga miała prowadzić przez Węgry, kraje bałkańskie… I tyle… Więcej planów i konkretów nie było… Zamiast rozpisywać szczegółowy program, rezerwować noclegi, pilnować terminów, upajaliśmy się wizją kolejnej przygody. Kolejnej podróży bez planu, bez sztywnych ram, bez przewodnika, bez grafiku, bez ograniczeń. W takich wyjazdach rozsmakowaliśmy się od czasu Stambułu, do którego dojechaliśmy własnym samochodem podczas podróży poślubnej. To była prawdziwa przygoda. Mimo, że Turcja i inne kraje muzułmańskie były nam znane, to jednak zwiedzanie z perspektywy własnego samochodu diametralnie rożni się od wycieczek organizowanych przez biura podróży. Podróż do Stambułu dostarczyła nam emocji, prawdziwej egzotyki, mnóstwa satysfakcji i wspomnień na lata. Od tamtego czasu całkowicie wykreśliliśmy opcje wyjazdów zorganizowanych. Teraz przyszedł czas na głębsze poznanie Bałkanów, które mimo że nie były nam już obce, nadal kryły w sobie wiele tajemnic i nieodkrytych przez nas miejsc. A wisienką na torcie miała być właśnie Albania.
Wieczory spędzaliśmy czytając o ciekawych miejscach w samej Albanii oraz na całej trasie naszej podróży. Przemek dbał o stan techniczny Mazdy, która tym razem miała być naszym wycieczkowozem. Ja biegałam na kolejne badania i USG, łykałam witaminy i upajałam się wizją czekającej mnie podróży. Albania… „Dziki kraj! Niebezpieczny! Kraj bandytów! Po co tam jedziecie? Nie ma lepszych kierunków? Kupcie jakiegoś „ola” w Egipcie! A najlepiej jedźcie do Mielna!” Ilość dobrych rad, podszytych niewiedzą i stereotypowym myśleniem, przerastała nas. Jednakże stanowimy mieszankę niezwykle upartą i zawziętą w realizacji swoich zamierzeń. Im więcej osób pukało się znacząco w czoło słysząc o naszych planach, tym bardziej czułam ekscytację na myśl, że je zrealizujemy. Lew i Baran muszą dopiąć swego. I dopięliśmy…

Dodaj komentarz