Hunedoara – odcinek 11

„Zjemy coś? Jest bardzo wcześnie, mamy kupę czasu na dojechanie do Hunedoary.” pyta Przemek. Hmm brzmi kusząco. Od kilku godzin nic nie jadłam i mój żołądek rozpoczyna właśnie swój głodowy taniec doprowadzając mnie do mdłości. Jedziemy drogą, która pięknie wije się wśród gęstych lasów, gdzieniegdzie naznaczonych pojedynczymi zabudowaniami. Nie wiem, czy tutaj uda nam się znaleźć jakiś przydrożny bar. Powinniśmy mimo wszystko zatrzymać się niedługo, bo zaczynam boleśnie odczuwać uroki ciąży- nogi mam coraz bardziej ciężkie, a dół pleców boli niemiłosiernie.  Krótka wzmianka o ewentualnym obiedzie na tyle wyostrza mój apetyt, ze zaczynam nerwowo szukać czegokolwiek do jedzenia co moglibyśmy mieć w samochodzie. Wątpię czy cokolwiek się uchowało biorąc pod uwagę, że nie żałuję sobie przysmaków ostatnimi czasy. Przerzucam z nadzieją torbę i znajduję dwa nieco przejrzałe już banany. Pochłaniam je jakby to był mój pierwszy posiłek od tygodnia i uważnie rozglądam się za jakąś restauracją. Ostatni kęs niemal przyprawia mnie o uduszenie.

„Stój! Jest bar! No stój mówię!” wydzieram się na Przemka jednocześnie gryząc resztkę banana. Niezbyt mądre. Zaczynam krztusić się przeraźliwie, walczę o oddech, a z oczu lecą mi łzy. Przemek zatrzymuje się gwałtownie na poboczu i sprzedaje mi solidny cios w plecy, jakby to miało w czymś pomóc. W końcu udaje mi się opanować kaszel, złapać oddech i oddać mężowi z nawiązką. „Auuuu no!!! Za uratowanie życia mnie bijesz?!” zdaje się, że on naprawdę sądzi, że walnięcie mnie w plecy miało sens… No cóż, nieważne. Jedyne co jest teraz istotne to jedzenie, którym tutaj pachnie.

Stoimy na żwirowym poboczu tuż przy skalnej ścianie. Na wąskim pasie ziemi między drogą a skałą znajduje się bar. Z wnętrza dobiegają cudowne zapachy lokalnej kuchni. Zajmujemy więc miejsca przy stoliku na zewnątrz i zaczynamy przeglądać menu. Rumuński niestety podobnie jak Węgierski jest nam nieznany. Menu ma na szczęście tłumaczenie na angielski. Czym różni się carnaciori od cabanos? Jedno i drugie opisane jako sausages. Miła kelnerka łamanym angielskim wyjaśnia nam, że te pierwsze są z serem. Ok., zaryzykujemy więc. Dla Przemka kiełbasa z serem i najobrzydliwsze obrzydlistwo- cibora de burta czyli zabielane flaki z ostrą papryczką. Ja naprawdę nie rozumiem jak można jeść flaki. On jednak dosłownie nie może się doczekać, kiedy podadzą pierwsze danie. Dla mnie nic specjalnego- kawałek mięsa, frytki i surówka. Mam ochotę po prostu porządnie się najeść. Zupa pojawia się dość szybko, a wraz z nią moje danie. Wszystko- oprócz tych ohydnych flaków oczywiście- wygląda i pachnie pięknie. I tak samo smakuje. Jestem naprawdę zadowolona, że udało mi się zamówić dokładnie to, na co miałam ochotę.

„Ciekaw jestem tych kiełbasek z serem. Pewnie nadziewane są. Ciekawe czy to jakiś lokalny specjał” zastanawia się mój małżonek pochłaniając w międzyczasie swoją porcję ciorby. Tak, pewnie dostanie zaraz pięknie wypieczone kiełbaski, które po przekrojeniu ujawnią soczyste wnętrze pełne roztopionego żółtego sera. Aż ślinka cieknie na samą myśl.

Siedzimy bezpośrednio przy trasie, a mimo to panuje względna cisza. Co jakiś czas przemknie obok nas pojedyncze auto, gdzieś z oddali dobiegnie nas ptasi śpiew, z głębi lokalu płyną stłumione odgłosy rozmów. Czuję na policzkach delikatne podmuchy ciepłego wiatru. Niedługo dojedziemy do Hunedoary, zostaniemy tam na noc, rano odwiedzimy zamek i ruszymy dalej w drogę do Serbii. Korzystając z dostępnego wifi szukam jakiejś kwatery na najbliższy wieczór. Wybór jest spory. Wolne pokoje, apartamenty, kwatery prywatne i hotel. Kiedy tak w spokoju i ciszy przeglądam booking, na stole pojawia się drugie danie dla Przemka. Rzut okiem na jego talerz i ogarnia mnie konsternacja. Patrzę na niego i widzę jak w charakterystyczny sposób zaczyna się trząść, policzki nabierają rumianego koloru i po chwili wybucha głośnym gromkim śmiechem, którego nie potrafi już stłumić. Lokalne kiełbaski nadziewane serem okazują się być trochę inne niż to sobie wyobrażaliśmy. Na talerzu mamy kilka owszem pięknie podpieczonych kawałków kiełbasy, obok których leży kilkanaście małych kosteczek żółtego sera. Serową piramidkę wieńczy stylowa wykałaczka. Kiełbasa z serem. Wszystko się zgadza. Menu nie kłamie, kelnerka również. To nas poniosła wyobraźnia, a danie jest dokładnie takie jak powiedziała dziewczyna.

Zanosząc się dalej ze śmiechu, Przemek zjada swoje pyszne kiełbaski z serem i powoli zbieramy się do odjazdu. Kwaterę w Hunedoarze mamy zarezerwowaną i zapowiada się całkiem przyzwoicie. Hotel ze śniadaniem w bliskiej odległości od zamku.

Kiedy dojeżdżamy na miejsce jest już wczesny wieczór. Hotel okazuje się być całkiem sporym obiektem, który na pierwszy rzut oka może się wydać nawet takim z wyższej półki. Dobre miejsce na imprezy okolicznościowe, a więc spodziewam się dobrej kuchni. Zmęczeni szybko kwaterujemy się w pokoju, który został nam przydzielony na drugim piętrze. Prowadzą do niego zawiłe korytarze. Typowe hotelowe zielonkawe wykładziny, lampy z czujnikiem ruchu, drzwi zamykane na elektroniczny zamek. Pokój zupełnie przeciętny. Jest łóżko, jest łazienka, jest czysta pościel, są ręczniki. Jest dobrze. Rzucamy na podłogę torby i oczywiście pędzimy na kolację. Posiłki wydawane są w dużej sali, która pełni rolę baru dla lokalsów. Siadamy przy stole osłoniętym nieco od reszty drewnianym przepierzeniem pamiętającym chyba jeszcze 1980 rok albo i dawniej. Niebyt gustowna sklejka z gdzieniegdzie łuszczącym się lakierem i pnącą się po tej przedziwnej konstrukcji sztuczną rośliną. Stół jest duży i nakryty obrusem takim z kolekcji bezplamowych. Kawałek dalej ryczy telewizor, ktoś gra w bilard, a grupka mężczyzn głośno rozmawiając i zaśmiewając się gromko, popija piwo.

Kiedy weszliśmy do tego hotelu, w recepcji przywitał nas przemiły uśmiechnięty pan w średni wieku, Był naprawdę podekscytowany wizytą obcokrajowców, a jako że nie zna angielskiego, na pomoc wezwał swoją piękną młodą córkę. Dziewczyna w wieku około 17-18 lat bardzo zaangażowana w swoje zadanie, pomogła nam z formularzem, który należało wypełnić przy zameldowaniu, a teraz z ogromnym uśmiechem zmierza do naszego stolika, by przyjąć zamówienie.

„Orange juice, please”. Przede wszystkim chce mi się pić, więc od razu zamawiam sok.

Dziewczyna uśmiecha się, kiwa głową, notuje coś w swoim zeszyciku i nie czekając na dalszą część mojego zamówienia przenosi wzrok na Przemka z miną wyczekującą na jego reakcję.

„What can we eat now? Do the kitchen works still? “ pyta Przemek, licząc na jakieś pyszne świeże jedzonko.

Dziewczyna nie przestając się uśmiechać otwiera menu i ołówkiem wskazując na poszczególne pozycje wymienia właściwie wszystko, przy czym używa do tego wciąż tych samych słów. Niezależnie od tego, które danie w menu wskaże, wyjaśnienie brzmi zawsze tak samo:

„Some meat and salad and maybe juice?”

Przemek nie daje za wygraną. Przecież to prawa ręka szefa z nami rozmawia! Kobieta, która jest mu tłumaczem i nadzieją jedyną w kontaktach z obcokrajowcami!  Nie ma innej opcji- ona na pewno zna angielski, może trochę się wstydzi. Uśmiechamy się zachęcająco i najuprzejmiej jak tylko potrafimy.

„What kind of meat? And all of this you can prepair now? It’s quite late…” pytam powoli artykułując poszczególne słowa. Nastolatka uśmiech ma przyklejony na stałe. Ona również się nie poddaje.

„Maybe beer?” pyta grzecznie.

„Yes pleas” Przemek odpuszcza i po prostu zamawia piwo.

Po krótkiej chwili na stole pojawia się duży kufel piwa i mój sok, który jakoś dziwnie okazuje się być colą. Juice czy cola- co za różnica! Zanim udaje nam się opanować napad zaraźliwego śmiechu, dziewczyna do nas wraca niosąc kolację. Mięso, sałatka, ziemniaki. Z kuchni macha do nas jej tata. To on dziś gotował. Robi się przemiło i rodzinnie. Nie spodziewaliśmy się, że coś jeszcze dziś zjemy, a jednak! Może nie zgodnie z kartą, może nie bez językowych barier, ale zostaliśmy potraktowani bardzo uprzejmie. Specjalnie dla nas ta kolacja została przygotowana i była naprawdę pyszna. Z podobną gościnnością w restauracji spotkaliśmy się w Grecji, a wcześniej w Chorwacji. Domowa atmosfera wzmocniona zapachem świeżo przyrządzonego posiłku jest tak przyjemna, że nie chce nam się wracać do pokoju. Siedzimy więc do późna oglądając rumuńską telewizję i przyglądając się grupie przy stoliku obok. Są głośni, pijani i nie wyglądają na gentelmanów. Mimo wszystko nie ma w nas cienia lęku.
Około północy wracamy do pokoju. Hotel ten zapamiętamy jako „co drugie”. Bo wszystko tutaj jest co drugie. Działa co druga lampa, jest co drugi ręcznik. Budynek jest już nieco wysłużony i widać, że nie są to lata jego świetności i prosperity. To nie ma jednak większego znaczenia. Zasypiamy zmęczeni i najedzeni.

Ranek wita nas pięknym słońcem. Pospiesznie zbieramy nasze podręczne torby, które zabieramy na takie jednonocne kwatery i pędzimy na śniadanie. Na dole w restauracji czeka na nas nakryty stół. Ten sam, przy którym siedzieliśmy wczoraj. Jest świeże pieczywo, masło, wędliny, które w Rumuni nie są najlepsze, są jakieś sery i jest sok. Prawdziwy sok pomarańczowy. Uśmiecham się zadowolona i głośno komentuję ten fakt. Biorę duży łyk, a tymczasem obok pojawia się nasza kelnerka.

„Juice. Yesterday we not have”. Łamanym , ale zrozumiałym angielskim wyjaśnia wczorajsze nieporozumienie z colą. Dziś w ogóle wydaje się być jakby pewniejsza siebie. Cóż, może obcokrajowcy nie są u nich częstym gościem. Hunedoarę odwiedzają wielkie wycieczki z wielu miejsc na świecie, jednak nie sądzę by na nocleg wybierali właśnie ten hotel. Zdecydowanie jest on bardziej miejscem dla tutejszych, nie dla przyjezdnych.

Śniadanie powoduje u mnie motylki w brzuchu. To chyba młody reaguje na to co jem. Z pełnymi brzuchami żegnamy się z właścicielem i jego córką i wsiadamy do Mazdy, by podjechać pod zamek.

Byliśmy tu już kiedyś. Wielkie mroczne zamczysko z XV. wieku zrobiło na nas ogromne wrażenie. Nie mniej istotne jest otoczenie zamku, które stanowią stare kompleksy wydobywcze i hutnicze. Ogromny kombinat powstał tutaj z polecenia Czauczesku, a pozostałości w postaci kominów, opuszczonych budynków, linii transportowych w charakterystyczny sposób szpecą okolicę. Mamy więc XV- wieczny zamek na tle hutniczych kominów. Naprawdę osobliwy widok. Sam zamek widziany po raz drugi robi wcale nie mniejsze wrażenie niż za pierwszym razem. Jest ogromny! W spokoju, nie śpiesząc się zwiedzamy komnatę za komnatą. Wchodzimy wszędzie, gdzie da się wejść ciesząc się, że tym razem nikt nas nie pospiesza. Jakże kocham tą wolność podróży na własną rękę!

Przed południem kończymy wizytę w zamku i rozpoczynamy kolejny odcinek – cel na dziś to Serbia.

Dodaj komentarz