Kladovo- odcinek 12

Granica serbsko- rumuńska przebiega na Dunaju. Wijąca się malowniczo między górami wstęga ogromnej rzeki dzieli dwa kraje. Po jednej i po drugiej stronie wzdłuż rzeki przebiegają drogi, po których jazda stanowi ogromną przyjemność. Cudowne, niespotykane gdzie indziej krajobrazy delty Dunaju!

Opuszczając Hunedoarę udajemy się na most łączący Rumunię z Serbią- przejście graniczne Drobeta-Turnu Severin/Novi Sip. Szerokie pasmo ciemnych wód Dunaju przecina betonowy, szary, surowy i nieco obskurny most. Okolica jest typowo przemysłowa, a przejście graniczne nie wyróżnia się szczególną dbałością o estetykę. Kiedy Mazda wjeżdża już na most, przez chwilę zastanawiam się, czy na pewno jesteśmy we właściwym miejscu. Nie ma pięknego asfaltu na nowoczesnej europejskiej drodze. Most wygląda naprawdę marnie. Są jakieś służby celne, ale nikt nie zwraca na nas za bardzo uwagi. Jakiś znudzony człowiek w mundurze macha nam, żebyśmy pojechali dalej. Za dosłownie moment jesteśmy już w Serbii. Najbliższe większe miasteczko to Kladovo.

„Jestem zmęczona. Odpocznijmy już. Jakiś prysznic, kolacja… Co ty na to?” zagaduję Przemka licząc na aprobatę. Mam naprawdę marny nastrój. Czuję się wypompowana i jakoś nie umiem już dziś czerpać radości z dalszej jazdy. Mąż nie oponuje i przyznaje mi rację. Jedziemy zatem do Kladova szukać kwatery. Znowu bez luksusów, tylko na jedną noc.

            Kladovo to mała mieścina. Bloki, kilka uliczek z domami typu „kostka”, jakieś markety. Nic nadzwyczajnego. Nocleg znajdujemy dość szybko patrząc po prostu na oferty wywieszone na domach. Budynek w stylu naszej wszechobecnej kostki czyli architektura lat 70tych. Dół zamieszkuje para starszych ludzi, góra jest przygotowana do wynajęcia turystom. Szybko dogadujemy się w kwestii ceny, a miły starszy pan wskazuje nam na podwórku miejsce, gdzie możemy zaparkować nasz samochód. Będzie stał w towarzystwie Zastavy i starego Escorta, które u nas uznane byłyby już za klasyki. Tutaj pełnią jednak funkcje użytkowe jako pojazdy do codziennej eksploatacji. Mężczyzna mówi po Serbsku, my po Polsku. Nie stanowi to absolutnie żadnej bariery, nie wpływa na jakość porozumienia między nami. To niesamowite, ale niezależnie od języka ludzie są w stanie zawsze się ze sobą dogadać. Jeśli tylko chcą, są pozytywnie nastawieni, to nie ma innego wyjścia- porozumieją się choćby bez słów.

Gospodyni pokazuje nam na górze trzy pokoje i wspólną łazienkę. Mamy szczęście, bo nie będziemy jej z nikim dzielić, nie ma innych turystów. Wszystkie pokoje wyglądają podobnie- schludnie i czysto, z pościelą pachnącą krochmalem i maglem. Kto jeszcze oddaje pościel do magla? Kto ją krochmali? Nawet moja babcia już tego nie robi, chociaż pamiętam że dawniej miała domową maszynę do maglowania i zasiadała przy niej regularnie raz w tygodniu przepuszczając przez nią sterty poszew na kołdry, poduszki i prześcieradeł. Dziś te wykrochmalone pościele leżą gdzieś w szafce, a babcia używa nowych zestawów z materiałów nie wymagających aż tyle pracy. Tymczasem nasza gospodyni nadal korzysta z pościeli sprzed lat. Wzory, sprane kolory i delikatne przetarcia materiału niezbicie wskazują, że jest to pościel już wiekowa. A taką trzeba krochmalić- inaczej do niczego się nie nadaje.

Wybieramy jeden z pokoi, który moim zdaniem najbardziej pachnie świeżością. Pokój jest czysty i na swój sposób zadbany. Czas się tutaj zatrzymał jakieś 40 lat temu. Na schludnej meblościance stoi mały kineskopowy telewizor udekorowany piękną serwetką. Obok na kolejnej serwecie stoi porcelanowy łabędź- doniczka z pozłacanymi detalami, uwieńczony bukietem sztucznych kwiatów. Półki w meblościance również przykryte są szydełkowanymi serwetkami. Gospodarze zadbali o każdy szczegół, łącznie z niby złoconymi klamkami.

Zmęczona i spocona idę do łazienki. Glazura i terakota również pamiętają czasy sprzed wojny jugosłowiańskiej. W łazience nie ma prysznica, ale jest wanna. Pożółkła od strużki cieknącej bez przerwy wody, najwidoczniej czyszczona żrącymi środkami, bo pozbawiona już całkiem połysku i szkliwa. Mam dość sprzeczne wrażenia o czystości tego miejsca. Z jednej strony wykrochmalone  pościele, z drugiej mokra zwinięta szmatka wciśnięta między kran a ścianę. Na wszelki wypadek zakładam klapki i wchodzę do wanny. Odkręcam kurek z zimną wodą i po chwili ten z ciepłą. Nakładka odpada. Nie mogę odkręcić ciepłej wody. Siłuje się, ale gołą ręką nie dam rady, a kurek który właśnie odpadł jest ułamany.

„Przemek! Chodź do mnie szybko!” wołam męża kucając w tej obskurnej wannie zziębnięta i strasznie wkurzona. Przybiegł szybko, ocenił sytuację i poszedł do samochodu. Na tego typu wyjazdy zabieramy absolutnie wszystko co niezbędne. Nie jesteśmy mistrzami minimalizmu w pakowaniu. Ba! Nie jesteśmy nawet średniakami! Zabieramy pół domu, ¾ garażu i jeszcze dokupujemy rupieci po drodze. Nic więc dziwnego, że Przemek przynosi z samochodu klucz typu żaba. Tak jakby konieczność naprawy kranu podczas tego wyjazdu była oczywista! Wodę ciepłą będziemy odkręcać kluczem. Jest późno, „dziadek” i tak dziś tego nie naprawi na stałe. Nie ma sensu ich niepokoić. Zostajemy tu tylko na jedną noc, więc to rozwiązanie nam wystarczy. Po gorącym prysznicu odpływam w sztywnej, szeleszczącej i pachnącej wiosną pościeli. Jutro zaczniemy jechać wzdłuż Dunaju, a po tym co zobaczyłam dzisiaj, wiem że czeka nas wspaniała przygoda.

Dodaj komentarz