Kolacja- odcinek 29

Kolejny poranek w Dobrocie nie wygląda zbyt zachęcająco. Niebo znów przybrało odcienie burej szarości i próżno szukać choć odrobiny słońca. Nieco zawiedzeni, ale w gruncie rzeczy zahartowani już taką aurą, zmieniamy plany i postanawiamy jechać do Herceg Novi. Umawiamy się z naszym gospodarzem na wieczorną kolację rybną i wyruszamy obejrzeć kolejną bałkańską perłę architektury.

Jadąc piękną drogą wzdłuż wybrzeża podziwiamy niezwykłe krajobrazy. W milczeniu robię zdjęcia. Nie rozmawiamy. Obydwoje zdajemy sobie sprawę, że nasza podróż dobiega końca. Jutro wyruszymy w drogę do domu. Mamy zaplanowane jeszcze pojedyncze przystanki, ale czas niemiłosiernie się skurczył już, nigdzie więc nie zostaniemy na dłużej niż kilka godzin. To bardzo symboliczna wyprawa. Delikatne bulgotanie, które czuję w brzuchu nieustannie przypomina mi o tym, że kończą się nie tylko te wakacje, ale i pewien etap w życiu. Żaden następny wyjazd nie będzie już tak prosty do zrealizowania. O tym, że nie tylko podróże się zmienią, przekonam się za kilka miesięcy…

W Herceg Novi nasza nawigacja po raz kolejny gubi się. Próbujemy dotrzeć w jakieś sensowne miejsce, by wejść na twierdzę Kanli Kula. Robiąc trzeci raz kółko po tych samych uliczkach, zaczyna nas ogarniać irytacja. Przemek zatrzymuje się w końcu w pierwszym lepszym miejscu i idziemy na spacer. Synek boleśnie kopie mnie w pęcherz, co powoduje, że zamiast podziwiać uroczą architekturę pędzę jak oszalała wąskimi uliczkami i z obłędem w oczach szukam jakiejkolwiek otwartej knajpki z toaletą. Przemek dosłownie zatacza się ze śmiechu widząc moją minę. W końcu wpadam z impetem w otwarte drzwi restauracji i- nie zważając na nic i na nikogo- dopadam drzwi toalety. Wychodzę z uczuciem błogości na twarzy, czym jeszcze bardziej rozbawiam mojego męża. W ten sposób niewiele pamiętając przebiegłam pół starówki. Kierujemy się teraz na górę. Miasto wygląda pięknie mimo pochmurnej aury. Jest bardzo ukwiecone, palmy rosną na każdym kroku w wielkich skupiskach. Tysiące sztuk egzotycznej roślinności dosłownie zalewa miasta podbijając jego niezaprzeczalny urok, który ma dzięki swojej bogatej architekturze i niezwykłym widokom.

Po drodze kupujemy napoje i kiedy już docieramy na górę murów, siadamy pod jakąś palmą i odpoczywamy popijając niespiesznie zdrowe soczki. Spędzamy tak kilkanaście minut rozmawiając i planując drogę powrotną. Patrzymy na port w dole miasta, ogarniamy wzrokiem panoramę dookoła nas i ruszamy wolnym krokiem z powrotem na dół. To nie było długie, intensywne zwiedzanie, ale tyle nam wystarczy. Kiedy jedziemy do Dobroty, niebo niespodziewanie przejaśnia się i zaczyna intensywnie świecić słońce. Uradowani tym faktem, kiedy tylko docieramy na miejsce, przebieramy się w stroje kąpielowe i sadowimy się wygodnie na krzesłach  postawionych na betonowej półce tuż nad wodą. Jasne ciepłe promienie rozświetlają taflę wody nadając jej teraz przeróżne odcienie od błękitu po seledyn. Woda jest przejrzysta, idealnie czysta. Widać roślinność, ryby, kraby. Przemek zakłada płetwy i maskę i wskakuje, by poeksplorować nieco podwodne zakamarki Dobroty. Kątem oka widzę, że ktoś się do nas zbliża. Na brzegu tuż obok naszych prowizorycznych leżaków siada nasz gospodarz i w ciągu dosłownie dwóch chwil wyławia kilka dorodnych ryb. To nasza kolacja. Na szczęście widząc mój przerażony wzrok, oddala się w kierunku domu, by tam dokonać ich żywota i przygotować je na wieczór. Tak, jem mięso, ale gdybym miała sama polować czy łowić, z marszu zostałabym wegetarianką.

– Ruda, chodź do wody, weź maskę!- woła mnie Przemek

Ostrożnie zamaczam stopy, ale nie jestem przekonana czy chcę wejść dalej i pływać. Wszystko wygląda rzeczywiście pięknie, ale temperatura wody jest dla mnie za niska. Zanużam się jednak powoli, ale z pływania rezygnuję. Wracam na leżak, by w tych pięknych okolicznościach przyrody odpocząć przed czekającą nas jutro podróżą.

Późnym popołudniem siedzimy znowu na tarasie i przeglądamy mapy i przewodniki. Słońce schodzi już coraz niżej i zaczyna przybierać coraz intensywniejszy odcień czerwieni. W powietrzu czuć zapach dymu z grilla. Czas na naszą kolację. Przebrani, odświeżeni schodzimy na dół. Na tyłach domy mieści się mały ogródek porośnięty wysoką trawą i ziołami. Duży stół i wspaniały murowany grill zachęcają do biesiadowania w większym gronie. Do kolacji siada z nami nasz gospodarz ze swoim ojcem i sąsiadem. Nikt z nich nie zna angielskiego, ale jak do tej pory nie mieliśmy najmniejszego problemu z porozumiewaniem się. Młody mężczyzna, który pełni rolę gospodarza domu ma na imię Dobrivoje. Mówią na niego Dobri. Imion starszych panów nie udaje mi się zapamiętać. Na ruszcie kamiennego grilla leży klika złowionych dziś ryb. Wszystkie są bogato obłożone ziołami i cytryną. Zapach drzewnego dymu miesza się z wonią dochodzącej powoli na ruszcie ryby. Zaczynam robić się coraz bardziej głodna. Dobri stawia na stole trzy rodzaje domowego wina, chleb, zieloną sałatkę, oliwę. Czekając na kolację rozglądam się dookoła. Ogród umijscowiony jest za kamiennym murem, który najprawdopodobniej stanowi ścianę sąsiedniego budynku. Dzikie trawy porastają niewielki dostępny skrawek ziemi, a w glinianych donicach rośnie dorodny, aromatyczny rozmaryn. Gdzieś z zakamarków małego ogrodu wyłania się biało- rudy kot i miaucząc przeciągle, zbliża się do mnie wyraźnie oczekując głaskania i pieszczot. Nie mam nic przeciwko i z przyjemnością biorę sierściucha na kolana. Po chwili pojawia się Dobri i zaprasza nas do stołu. Jedzenie jest wyśmienite. Domowe, aromatyczne, świetnie przyprawione. Prawdziwa domowa kuchnia. Zamaczam usta w lokalnych winach, by chociaż poczuć ich posmak. Są pyszne, ale z wiadomych względów muszę odmówić. Rozmawiamy bez bariery, bez skrępowania, mimo że każdy mówi w innym języku. Rozumiemy się bez większych kłopotów. Pytają mnie o imię dziecka.

– Staś- odpowiadam.

– Aaa Stanko, my mamy Stanko.- mówi tata Dobrego.

Najedzeni i nasyceni lokalnym klimatem zasypiamy spokojnie. Jutro czas wyruszyć do domu…

Dodaj komentarz