Mazda w niewoli – odcinek 13

Nie wiem, co mi się śni. Noc mija w błyskawicznym tempie i mimo że wstajemy bez pomocy budzika, to wydaje mi się, że jest strasznie wcześnie. Dzień zapowiada się pochmurno. Tak naprawdę to jest jeden z tych dni, kiedy nie chce się wychodzić z łóżka. Jesteśmy daleko od domu, mamy przed sobą kawał drogi i bardzo ograniczony czas na jej pokonanie.  Gdybym jednak mogła wybierać, to dziś nie wsiadłabym do samochodu. Zostałabym pod tą cudownie wykrochmaloną pościelą, zatapiając się w półśnie i czekając na lepszą pogodę. W podróży nie każdy dzień jest wspaniały i ekscytujący. Nie każdy poranek witamy pełni sił witalnych i gotowi by przemierzać kolejne kilometry. Są takie dni jak dziś, kiedy senna szara poświata spowijająca krajobraz za oknem nastraja nas melancholijnie i wzmaga uczucie senności. To jest taki moment, w którym mam ochotę powiedzieć „Hej, mam dość! Chcę się normalnie wyspać jak człowiek w swoim łóżku! Chcę się wykąpać w domu i zrobić sobie kawę w naszym ekspresie! Po co nam ta cała podróż?!” Dupa nie podróżnik ze mnie! Momentalnie po takich myślach przychodzi refleksja. Jedziemy własnym samochodem, a to jakby nie patrzeć oznacza komfort. Śpimy na kwaterze- znowu komfort. Jest ciepła woda w kranie i nawet kawę można sobie zrobić- nie inaczej, lecz komfort! Przeczytałam wiele relacji z podróży, obejrzałam wiele reportaży. Wnioski są dość proste- im mniej wygodnie, im bardziej ekstremalnie tym bardziej możesz o sobie powiedzieć Ja- podróżnik. Hmmm…. To oznacza, że jesteśmy tylko parą pajaców, którzy silą się na podróże. Co to za podróżowanie w takich super warunkach?! Bez głodu, chłodu, bez spania na mokrej trawie, bez gotowania karaluchów, bez nocowania w dżungli? Żałosna parodia podróży…

Otrzepuję się szybko z natrętnych myśli, zbieram swoje rzeczy i dopijam rozpuszczalną kawę. Wychodzimy na rześkie wilgotne powietrze. Samochody pokryte są rosą, a niebo zasnute szarym kocem chmur. Nasi gospodarze żegnają nas z ogromnymi szczerymi uśmiechami. Podczas krótkiej rozmowy wywiązał się temat samochodów. Opowiadamy o naszym Fiacie, a twarz starszego pana dosłownie promienieje radością. Kilka ciepłych słów na pożegnanie, małe uściski i ruszamy.

Kierujemy się na Belgrad jadąc piękną malowniczą trasą wzdłuż Dunaju. Widoki są absolutnie bajeczne. Mimo szarówki, co chwilę padającego deszczu i aury jakby październikowej- jest przepięknie. Droga wije się między wysokimi skałami a doliną rzeki. Dunaj stanowi granicę między Serbią a Rumunią. W okolicy Kladova po rumuńskiej stronie jest miejscowość Orszowa, gdzie na przybrzeżnej skale wykuta jest ogromna twarz króla Decebala. Majestatyczna statua powstała, aby podkreślić wkład Rumunii w kształtowanie się kultury europejskiej. Przewodnik po który sięgam- o dziwo z własnej woli- mówi wiele o tym, kto ową rzeźbę ufundował, kim był król Decebal, ile kosztowało to przedsięwzięcie, a nawet że długość nosa to 7m. Czytam te wszystkie informacje, kiedy nagle spoglądając w prawo na własne oczy widzę tą niezwykłą rzeźbę. Jest ogromna! Wielka, niesamowita twarz wykuta w skale. Zatrzymujemy się, by podziwiać to wspaniałe miejsce. Dunaj szumi dostojnie spowity w szaro zielonkawą poświatę deszczowej aury i przybrzeżnej roślinności. Stoimy na poboczu chłonąc wilgotne powietrze, ciszę i nieziemski widok. Nie rozmawiamy, po prostu patrzymy. Po chwili łapię za aparat i robię kilka zdjęć. Jest pięknie! Majestatycznie, spokojnie… Nie wiem jak przywita nas Belgrad, ale nie spieszy mi się do miasta. Droga przełomem Dunaju jest wspaniała! Sama jazda tą trasą pozwala nasycić oczy i serce piękną dziką przyrodą, a pomnik Decebala stanowi niejako dowód na to jak idealnie ta dzikość może współistnieć ze współczesnym człowiekiem. Rzeka, góry, zieleń i mgła z której wyłania się ogromna twarz wyrzeźbiona ludzką ręką zaledwie kilka dziesiątek lat temu.

Po drodze do Belgradu mijamy także XIV- wieczną twierdzę Golubac, gdzie walczył Zawisza Czarny. Stare mury usytuowana bezpośrednio przy rzece wspaniale komponują się z niezwykłym otoczeniem. Odwiedzamy miejsce upamiętniające Zawiszę i pędzimy dalej- do Belgradu.

Jednym z podstawowych punktów każdej naszej podróży jest jedzenie. Nie chodzi o kanapki, konserwy, słoiki z domu, suchy prowiant. Rzecz w tym by próbować, smakować lokalne specjały, poznawać kraj poprzez jego kulinarne zwyczaje, a najchętniej wręcz ucztować. Nigdy nie odmawiamy sobie dobrego jedzenia w podróży. Tuż przed Belgradem zatrzymujemy się w przydrożnej knajpie na- jak się okazuje- jeden z najlepszych posiłków podczas tego wyjazdu. Cevappci dla Przemka, dla mnie grillowana wędzona polędwica. Jedno i drugie absolutnie fantastyczne. Polędwica rozpływa się w ustach dając wrażenie aksamitnej konsystencji na języku i podniebieniu. Kiełbaski natomiast są świetnie przyprawione i idealnie wypieczone. Jemy z ogromną przyjemnością, a rachunek zaskakuje nas bardzo niską kwotą. Wspaniały obiad, który na długo zapamiętamy. Nasyceni, zadowoleni i nieco ospali po dużym posiłku ruszamy dalej.

Belgrad jest dużym typowym miastem. Szerokie arterie wypełnione samochodami, hałas, duży ruch pieszych. Przemierzając kolejne ulice przyglądamy się budynkom, ludziom. Wszystko wygląda nowocześnie i schludnie mimo, że Belgrad jest bardzo starym miastem. Wkrótce po lewej stronie przed nami pojawia się upiorny widok. Budynek bez okien, częściowo zawalony, pełen dziur po kulach. Smutny pusty gmach będący koszmarną pamiątką wojny jugosłowiańskiej. W krajach dawnej Jugosławi można wciąż natknąć się na domy, które nie doczekały się renowacji po wojnie. Podziurawione ściany, odpadnięty tynk, resztki kul wbite w mury. Szczególnie dużo takich budynków spotkaliśmy dwa lata temu w Bośni. W pięknym Mostarze taki widok był oczywisty. Niedługo przekonamy się czy coś się w tej materii zmieniło w ciągu ostatnich miesięcy.

„Parkujemy tutaj?” – pyta Przemek dojeżdżając w okolicę twierdzy Kalamegdan, którą zamierzamy zwiedzić. Nim zdążę odpowiedzieć, podchodzi do nas policjant i grzecznie informuje nas, że tutaj nie wolno. Gdzie w takim razie? Tam? Pytamy wskazując miejsca kilkaset metrów dalej, gdzie zaparkowane są inne samochody. Stróż prawa jest przemiły, jednak nie mówi w żadnym innym języku jak tylko po swojemu. Skinieniem głowy potwierdza, więc ruszamy przed siebie i po chwili parkujemy wzdłuż ulicy między dwoma innymi samochodami.

W twierdzy zorganizowano muzeum militarne, gdzie znajdują się świetne egzemplarze czołgów m.in. tankietka TKF. Przemek pędzi przed siebie z wyrazem twarzy jak 4 letni chłopiec, któremu obiecano górę lizaków. Militarna wystawa to coś dla niego! Od lat interesuje się tematyką drugiej wojny światowej i militariami. Jako licealista miał w swoim pokoju skarby takie jak np. wojskowa puszka, którą zagospodarował w ówczesnych latach w sposób charakterystyczny dla nastolatka. Stała na półce nad łóżkiem i skrywała przeróżne skarby, które miały pozostać ukryte przed wzrokiem rodziców…

Twierdza zajmuje rozległy teren na wzgórzu i roztacza się z niej piękny widok na ujście Sakwy do Dunaju. Po obejrzeniu czołgów, spokojnym spacerze, podziwianiu panoramy miasta, siadamy wreszcie w kawiarni i niespiesznie rozkoszujemy się pysznymi napojami. Pogoda zaczyna dopisywać i prowadząca nas nad Dunajem mgła i szarówka ustąpiły miejsca słońcu. Siedząc w kawiarni na skraju murów twierdzy planujemy kolejne punkty wycieczki. Jeszcze dziś opuścimy Serbię i wjedziemy na teren Macedonii.

Spacer po twierdzy zajął nad dobre dwie godziny. Pora wracać. Schodzimy w dół do miasta i stojąc na przejściu dla pieszych obydwoje patrzymy przed siebie na drugą stronę ulicy, dokładnie na miejsce, w którym powinna znajdować się Mazda. Nim dociera do mnie, że jej tam nie ma, odzywa się Przemek:

„Ruda, ukradli nam samochód, to nie są jaja!”

„Cooo??? Jak to???”

„No tak. Nie wiem co dalej…Wracamy do Polski, czy kombinujemy coś?”

„A daj spokój z autem! Najgorsze, że w nim były moje ukochane buty!!!”

Autentycznie czuję jak ogarnia mnie czarna rozpacz na myśl o utracie moich ulubionych, najwygodniejszych na świecie, schodzonych, wiekowych butów. Kupione kilka lat temu towarzyszą mi na każdej wycieczce i są niezastąpione w każdych warunkach. Mina Przemka jest mieszaniną niedowierzania, rozbawienia, rezygnacji i strachu. I prawdopodobnie każde z tych uczuć nam w tym momencie towarzyszy przeplatając się i tworząc piorunującą mieszankę. Czuję, że podnosi mi się ciśnienie. Powinnam uważać! Ok., stało się- nie ma samochodu. Stał na pewno w tym miejscu, w tym konkretnym. Tuz obok charakterystycznej bramy prowadzącej do podejrzanie wyglądającego warsztatu samochodowego. Miejsce z daleka już przypomina tzw. dziuplę i pierwsza myśl to ze tam właśnie jest nasza Mazda. Kilku podejrzanie wyglądającyh zarośniętych typów kręci się po podwórku. No i co mamy zrobić? Wejść, zapukać i grzecznie zapytać czy nie mają naszego samochodu i czy mogliby oddać, bo jeszcze do Albanii daleko i się nam przyda mieć wóz? Przemek kręci się przy branie i zapuszcza żurawia do wnętrza podwórza oraz garażu. Nie widać naszego samochodu. Może jednak to nie oni go pożyczyli? Przypomina nam się policjant, którego pytaliśmy o miejsce do parkowania. Niestety nie ma go już w okolicy. Zaczynamy zaczepiać przechodniów, może ktoś coś widział. Większość nie rozumie nas, nie mówią po angielsku, spieszą się, nie mają czasu ani ochoty na rozmowę na migi. Poziom stresu gwałtownie rośnie. Samochodu nie ma i mimo ze nie był to pojazd za miliony monet to nie zmienia to faktu, że był nam potrzebny. Co więcej są w nim nasze bagaże, a biorąc pod uwagę nasz styl pakowania się, mamy tam zgromadzony dobytek, który podwoi wartość Mazdy. Sytuacja zaczyna robić się poważna. Rozglądamy się po raz ostatni nerwowo i decydujemy, że trzeba zadzwonić na policję. W tym momencie zagaduje do nas młoda elegancko ubrana kobieta. Mówi po angielsku i domyśliła się, że szukamy samochodu. Po chwili wszystko się wyjaśnia. Tutaj nie wolno parkować. W Belgradzie wszystkie nielegalnie zaparkowane samochody są odholowywane na parking policyjny skąd można je odebrać za odpowiednią opłatą. Parking znajduje się jakieś 4 km stąd. Kobieta tłumacząc nam co mogło się stać z naszą Mazdą, ma bardzo zatroskaną minę. Wspominając o opłacie pyta czy mamy przy sobie pieniądze. Mamy, zawsze mamy jakąś gotówkę w podróży. Nie ciągniemy więc tematu, tylko dziękując jej najserdeczniej jak potrafimy, pędem ruszamy we wskazanym kierunku na parking policyjny. Droga prowadzi pod górę, a ja czuję ogromne zmęczenie. Nie ma jednak czasu na użalanie się nad sobą. Idę więc z dziarską miną i dopiero wtedy odkrywam pewne zjawisko tak mocno wpisane w krajobraz Belgradu, że wręcz niezauważalne. Na każdej uliczce lawet z dźwigiem. Na każdej lawecie jakaś nieszczęsna osobówka, której za chwilę będzie poszukiwać wkurzony właściciel. Odholowywanie aut to sport narodowy Serbów! Przyglądamy się miejscom skąd samochody są zabierane i absolutnie nigdzie nie dopatrujemy się żadnych znaków wskazujących na zakaz parkowania w danym miejscu.

W końcu zmęczeni docieramy na parking. To istna taśma przemysłowa! Laweta za lawetą. Jedne auta są ustawiane na parkingu, a kolejne odbierane. Na placu stoi mała budka, w której należy uiścić opłatę za mandat. Kolejka jest całkiem pokaźna! Kiedy już dobijamy do brzegu, widzę że w środku siedzi kilku panów w mundurach, a ich miny wyrażają najwyższy stopień powagi przemieszanej ze smutkiem i domieszką bucowatości. Przemek stara się rozładować atmosferę zagadując przyjaźnie w jakimś polsko- rusko- serbskim dialekcie. Niestety nie spotyka się to z aprobatą panów mundurowych. Na czołową pozycję wysuwa się jednak bucowatość, która jeszcze przed sekundą wydawała mi się najmniej istotnym składnikiem ich nastrojów. A ile płacimy? Oj bagatela 200 euro! Nie mamy tyle gotówki przy sobie. Żadne negocjacje nie wchodzą w grę, składnik „buc” nadal przoduje. Bankomat znajduje się jakieś dwa kilometry stąd. Trzeba iść i wrócić. Jestem naprawdę wykończona, więc Przemek zagaduje policjantów, żeby dali mi kluczyki do samochodu, a on Pojdzie po pieniądze. Tłumaczy, że brzuch, że ciąża, że usiądę w aucie i odpocznę. Nic nie dociera do smutnych panów. Mamy iść i wrócić z pieniędzmi, a wcześniej auta nie dotkniemy nawet. Nie ma wyjścia. Wyruszam na ten wymuszony spacer, a kiedy wreszcie wracamy czuję, że nie dam dziś już rady choćby nie wiem co. Płacimy, załatwiamy formalności i odbieramy naszą Mazdę z serbskiej niewoli.

« 1 z 2 »

4 myśli na temat “Mazda w niewoli – odcinek 13

    1. Z perspektywy czasu myślę, że naprawdę płakałabym najbardziej za butami, a wyjazd byłby jeszcze ciekawszy, bo dalej pewnie dojechalibyśmy autostopem lub czymkolwiek innum 😉

Dodaj komentarz