Ochrydu czar…- odcinek 17

Ostry dźwięk budzika dosłownie  świdruje moją czaszkę. Piasek pod powiekami cholernie szczypie, a każdy mięsień mojego ciała stanowczo odmawia współpracy. Szamoczę się na granicy jawy i snu czując wzbierającą irytację, która narasta z każdym kolejnym piszcząco- bzyczącym wrzaskiem budzika w telefonie. Akompaniament zapewnia mu odgłos rozbijania żelbetowej ściany jakimś młotem pneumatycznym czy też innym ciężkim sprzętem. Klepiąc dłonią na oślep w nocną szafkę w końcu natrafiam na gagatka i jednym porządnym pacnięciem wyłączam budzik- przynajmniej na jakieś 5 minut. Młot pneumatyczny dalej mocuje się z solidnym murem… Kiedy już całkowicie się odprężam i zatracam we śnie, budzik rozpoczyna drugą rundę. Trudno. Nie ma sensu walczyć. Otwieram szeroko oczy starając się jak najszybciej dobudzić. Wyłączam telefon tym razem już na dobre i po chwili odkrywam, skąd dobiega odgłos młota. Źródło dźwięku znajduje się kilka centymetrów obok mnie, na poduszce obok. Przemek śpi w najlepsze chrapiąc tak zapamiętale, że naprawdę nie sposób nie pomylić tego z odgłosami jakiś ciężkich robót wyburzeniowych. Czas na prysznic. Potem dobudzę tego lenia i ruszamy podziwiać Ochryd. Nasza krótka drzemka mocno się przedłużyła i szkoda chwili do stracenia.

Chodzimy powoli kamiennymi uliczkami, a majowe słońce łagodnie ogrzewa nasze twarze. Jest jeszcze na tyle spokojnie, by móc rozkoszować się niespiesznym spacerem bez towarzystwa setek innych turystów, bez zbędnego gwaru. Przewodnik, z którym nie rozstaje się Przemek wymienia kilka punktów, które koniecznie trzeba zobaczyć. Jak zwykle jednak uważam, że w podróży i zwiedzaniu nie istnieje pojęcie „trzeba”. Czytamy więc trochę zatrzymując się i siadając na jakimś murku, po czym decydujemy się po prostu być tutaj, w Ochrydzie. Iść przed siebie, patrzeć, chłonąć, nacieszyć oczy, nasycić nozdrza… Kamienne uliczki prowadzą nas zatem bez konkretnego celu. W ten sposób trafiamy na starożytny amfiteatr, a przy wejściu dość osobliwą tabliczkę… „Entry tickets. Forein visitors 100 pen, Domestic visitors 50 pen”. Patrzymy po sobie obydwoje mocno zdegustowani. Nic tak mnie nie zniechęca do odwiedzenia turystycznej atrakcji, jak traktowanie turysty w kategoriach wyłącznie chodzącego portfela. Idziemy dalej, nawet nie zastanawiając się czy wchodzić czy nie. W labiryncie kamiennych uliczek znajduje się stara cerkiew, a na jej ścianach freski, które przetrwały setki lat. Maleńkie ciasne pomieszczenie o kamiennych ścianach pokrytych barwnymi malowidłami robi na nas wrażenie, mimo że nie jesteśmy fanami turystyki sakralnej. Palą się świece, ich zapach wypełnia ciasną, cichą przestrzeń. Nie zastanawiam się, kto malował te obrazy na ścianach, nie analizuję przewodnika, nie silę się na rozpoznawanie biblijnych postaci uwiecznionych na ścianach tej świątyni. Po prostu tu jestem. Patrzę i podziwiam.

Po dłuższej chwili opuszczamy tą uroczą małą cerkiew, a Przemek podejmuje stanowczą decyzję, że jednak bez jednego punktu zwiedzania z serii „must” się nie obędzie. Idziemy do twierdzy cara Samuela. Nie sprzeciwiam się. To przepiękne miejsce z niesamowitą panoramą. Górujące nad miastem majestatyczne mury obejmują całe wzgórze. Idziemy tam w upale i czuję jak zmęczenie mnie dopada. Jest maj, a tutejsze słońce w szczycie dnia grzeje niesamowicie. Butelka zimnej wody jest mi niezbędna, a ponieważ nasze zapasy już opróżniliśmy, Przemek wchodzi do najbliższego sklepiku i kupuje nowe. Wręczając mi moją butelkę uśmiecha się jak 7 latek, który namalował dla mamy laurkę. Patrzę na otrzymaną wodę i widzę na niej napis Ladna. Mąż taki miły? Niespotykane! Roześmiani idziemy dalej.

Widok na górze jest naprawdę niesamowity. Spacerując wzdłuż murów nie mogę oderwać wzroku od roztaczającej się wokół panoramy Ochrydu. Dla takich chwil warto podróżować. Dla podróży warto żyć. Każda noc spędzoną w ciasnym zaparowanym aucie, każdy poranek bez prysznica, każda kłótnia o dalszy plan podróży, każda wydana złotówka zostają wynagrodzone w takich chwilach. Docierasz w kolejne miejsce, które dotychczas było tylko punktem na mapie, a od tej chwili jest na zawsze w twoim sercu i w pamięci. Staje się po części twoim miejscem. Nie ważne ile książek przeczytasz, ile przewodników, ile stron w necie, ile poznasz faktów, dat, historycznych zawiłości danego miejsca. Ono nigdy nie będzie ci tak dobrze znane, jak wtedy gdy choć na chwilę zobaczysz je na własne oczy. Zobaczysz, poczujesz, zasmakujesz. I w tym właśnie momencie Ochryd stał się naszym miejscem. Patrzyłam dookoła i czułam, że to nie jest nasza ostatnia wizyta tutaj.

„Świetne miejsce, co? Moglibyśmy tu przyjechać za rok ze Staśkiem.” Moje rozmyślania przerywa Przemek.

„Tak, jest pięknie… Magicznie… Przyjedziemy, czemu nie?!” uśmiecham się szeroko i ruszamy dalej.

„Dokąd teraz?” dopytuję.

„No jak to? W najważniejsze miejsce!”

W każdym przewodniku, na każdej pocztówce, na każdej stronie internetowej dotyczącej Macedonii znajduje się Cerkiew św. Jana Teologa z Kaneo. Malowniczo położona kusi, by zobaczyć ją na własne oczy. Czy rzeczywiście jest tak piękna jak na fotografiach? A może okaże się rozczarowaniem jak krymskie Jaskółcze Gniazdo, którego za żadne skarby nie chciałam przegapić, a które w rzeczywistości przypominało przereklamowany mały zameczek na kształt Disnaylandu. Do cerkwi prowadzi długa kamienna ścieżka w górę. Mijamy po drodze jakieś domy, mieszkania, restaurację. Wspinamy się dalej po schodach, na których spokojnie i powoli spaceruje żółw. Zafascynowana kucam obok niego, dotykam delikatnie skorupy. To niesamowite! Żółwie znam z domowych hodowli, ze sklepów zoologicznych i nie przywykłam spotykać takie dziko żyjące, spacerujące po ulicach. Świat jest absolutnie piękny! To spotkanie powoduje, że dosłownie rozpiera mnie radość istnienia.

Cerkiew, która tak dumnie zdobi wszystkie turystyczne foldery Macedonii, rzeczywiście okazuje się być piękna. Prowadząca do niej ścieżka dostarcza nam już tak wielu chwil zachwytu, że cel naszej wędrówki cieszy nas z każdym krokiem jeszcze bardziej. Przy cerkwi jest spokojnie. Nie ma wielu ludzi. Zwiedzamy świątynię i postanawiamy odpocząć przysiadając gdzie w pobliżu.

Z cerkiewnego wzgórza roztacza się błękitno, czerwono, zielona panorama miasta. Słońce roziskrza promieniami spokojna taflę wody, która przybiera przeróżne odcienie błękitu, turkusu i głębokiego granatu. Setki czerwonych dachów niczym wyglądają jak układanka z puzzli, a dookoła głęboka zieleń porastająca góry. Przysiadamy na murku i przyglądamy się tej bajkowej scenerii. Nie musimy się spieszyć. Nikt nas nie pogania. Znowu doceniamy jak wspaniale jest podróżować na własną rękę…

Ten dzień upływa nam na długich spacerach i szerokich uśmiechach. Włóczymy się bez końca ochrydzką starówką zaglądając wszędzie gdzie tylko coś przyciągnie naszą uwagę. Zatrzymujemy się w kawiarniach, sklepikach i chłoniemy to miejsce każdą komórką ciała. Z każdym krokiem Ochryd zachwyca mnie coraz bardziej. Spokojne jezioro dosłownie zaprasza, by zanurzyć się w jego słodkich wodach. Słońce grzeje przyjemnie, a jedzenie smakuje doskonale… Wrócimy, wiem, że kiedyś tu wrócimy.

„Deszcz! Cholera! No i co robimy?” nasz błogi nastrój przerywa nagła wieczorna zmiana aury.

„Nic, idziemy dalej. Jest w miarę ciepło. Zjedzmy coś, bo nie wiem jak ty, ale my zgłodnieliśmy.” odpowiadam niezrażona nagłą ulewą.

Idziemy więc tym razem w dół, do nowszej części miasta. Tutaj ulice są znacznie szersze, a deptak wyłożony równymi, gładkimi kamiennymi kaflami, w których teraz podczas deszczu można się przeglądać jak w lustrze. W centrum znajduje się duży otwarty plac, a tuż przy nim meczet. Wzdłuż szerokiego deptaku usytuowane są kawiarnie, bary, restauracje. Wszystko tętni życiem i zaprasza do odwiedzin. W końcu siadamy w jednej z restauracji i zamawiamy jedzenie. Jestem nieziemsko wygłodniała i bez wahania decyduję się na macedońską pizzę, czyli pastrmaliję. Przemek wybiera kotlet z siekanego mięsa. Do tego w tureckim stylu ajwar i słodka herbata. Po kilku chwilach kelner stawia przede mną placek w kształcie czółna, cudownie parujący i pachnący żółtym serem. Smakuje niesamowicie! Dla takich kulinarnych doznań warto jechać choćby na koniec świata!

Macedonia, a właściwie Ochryd uwiódł nas bez dwóch zdań. Wracamy do pokoju rozmawiając o ponownym przyjeździe tutaj. Nie zauważamy nawet coraz silniej padającego deszczu i wzmagającego się chłodnego wiatru. Wieczór spędzam popijając sok i już z tęsknotą oglądając zdjęcia. Wiem, że jutro pojedziemy dalej…

« 1 z 2 »

Jedna myśl na temat “Ochrydu czar…- odcinek 17

Dodaj komentarz