Oradea- odcinek 9

Oradea wita nas słoneczną piękną pogodą i od razu oczarowuje bogatą architekturą. Nawigacja kieruje nas do centrum, gdzie szukając parkingu przejeżdżamy w końcu przez most na rzece Szybki Keresz i parkujemy pod kościołem na Piata Unirii. Tuż obok znajduje się piękny bogato zdobiony budynek ratusza. Pierwsze wrażanie jest jak najlepsze. Przygladam się z zadowoleniem umiarkowanemu ruchowi ulicznemu, kiedy nagle słyszę naprawdę rozpaczliwy ton głosu Przemka.

„Ruda, siedź tutaj, muszę znaleźć kibelek”.

„Teraz?! Może chodźmy do jakiejś knajpy”

„Uwierz mi, nie doniosę…”

I pobiegł zostawiając mnie objuczoną plecakami i całym sprzętem fotograficznym. Przysiadłam zatem na murku będącym rantem dużego miejskiego kwietnika i przyglądałam się jak mój mąż pędzi nie zważając na nic. Byle szybciej przed siebie, na oślep! Aż dopadł w końcu drzwi prowadzące wprost do pieczary smrodu czyli typowej miejskiej toalety pomnożonej w swej okropności razy 3, bo to toaleta rumuńska. Tak! Co do tego jednego ludzie mieli rację! Czystość i standard toalet w Rumunii daleko odbiegają od tego do czego przywykłam w Polsce. Często spotykać tu można wc z rodzaju „na narciarza” – dziura w ziemi z dwoma podnóżkami po bokach. Wszystko dookoła zaszczane i nie ma co tutaj szukać bardziej wysublimowanych słów. Zaszczane to i tak delikatne określenie tego co zwykle zastać można w takiej toalecie. Smród odchodów przemieszany z zapachem amoniaku z rozkładającego się moczu aż szczypie w oczy. Chciałoby się zatkać nos, usta, oczy a nawet uszy w obawie, że to powietrze osiądzie w każdym zakamarku ciała i już nigdy nie pozbędziemy się smrodu. Korzystanie z takiej toalety to dla mnie ostateczność. Całe szczęście to nie mnie dopadło. Ja siedzę sobie na murku, oglądam przechodniów, chmurki płynące powoli po błękitnym niebie i czekam… W pewnym momencie dopadła mnie myśl o tym co się stanie jeśli za chwilę ktoś się zorientuje, że siedzę tu sama. Kobieta w widocznej już ciąży z porządnym aparatem fotograficznym, dwoma plecakami i z pewnością przynajmniej jednym portfelem. Czy poradziłabym sobie w przypadku ataku jakiegoś miejskiego złodziejaszka? Ludzie przechodzą obok mnie w tą i z powrotem. Niektórzy spoglądaja na mnie, inni zdają się mnie nie zauważać. Czas płynie powoli. Nikt mnie nie zaczepia, nikt nie patrzy krzywo. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że negatywne wyobrażenia o Rumunii naprawdę mają niewiele wspólnego z prawdą. P. dość długo nie wraca. Zaczynam się niepokoić i znowu przychodzą myśli o rumuńskich złoczyńcach. A co jeśli go ktoś napadł tam w tej podziemnej toalecie? Jakiś kloszard, złodziej lub ćpun… „nie przesadzaj, nie panikuj” powtarzam sobie w myślach jednocześnie powoli zbierając wszystkie rzeczy do kupy, by ruszyć mężowi na pomoc. Kiedy jestem już praktycznie gotowa by wkroczyć do pieczary smordu, widzę jak Przemek wychodzi stamtąd. Robi to w bardzo charakterystyczny sposób wysuwając głowę do przodu tak jak robi to żółw wychodząc  ze swojej skorupy. Bardzo szybko pokonuje kolejne stopnie stromych schodów i już po chwili znajduje się na zewnątrz. Wydech! Wypuszcza powietrze i z ulgą oraz błogim uśmiechem nabiera w płuca haust świeżego tlenu.

„Jestem bohaterem, wierz mi!”

„wierzę! I współczuję…”

Nie chcę znać szczegółów. W Oradei nie planowaliśmy zwiedzania żadnych konkretnych obiektów więc i obiekt zwany publiczna toaleta niech pozostanie dla mnie owiany choćby rąbkiem tajemnicy. Mam nadzieję nigdy owej tajemnicy nie poznać.

W doskonałych nastrojach rozpoczynamy spacer po mieście tradycyjnie od jedzenia. W odległości zaledwie kiludziesięciu metrów znajdujemy sympatycznie wyglądającą knajpkę.

Siadamy przy stolikach na zewnątrz i szybko wybieramy dania. Sarmale z mamałygą czyli rumuńska odmiana gołąbków podawanych z papką z mąki kukurydzianej. Właściwie nie jest to żaden rarytas, a sama mamałyga na pewno nie jest rozkoszą dla kubków smakowych, jednak jest to danie na tyle tutejsze, że po prostu trzeba je zjeść.

Obsługują nas dwie miłe kelnerki w średnim wieku. Mniej więcej radzą sobie z angielskim i to na tyle, że nie mamy problemu by się porozumieć. Miła odmiana po Węgrach. Zachęceni takim stanem rzeczy zagadujemy o to co one- jako tubylcy- poleciałyby nam zobaczyć, zwiedzić. Jestem absolutnie przekonana, że nie ma miejsca na świcie, w którym nie byłoby choć jednej rzeczy, jednego miejsca godnego uwagi. W każdym zakątku świata lokalna społeczność ma tendencję – i jest to piękne!- do zachwalania swojej okolicy. Ludzie często sami wychodzą z inicjatywą i proponują nam co według nich warto zwiedzić, a które opisane w przewodniku miejsca po prostu ominąć. Na takie właśnie porady liczymy ze strony miłych oradejskich kelnerek. Zaskakują nas jednak. W Oradei nie ma nic. Nic ciekawego, nic szczególnego. Zwykłe szare miasto! Nie wiem co odpowiedzieć. Rozglądam się pospiesznie i mój wzrok automatycznie stara się zatrzymać na kolejnych napotkanych punktach. Przepiękne przypominające styl Gaudiego budynki! Piękny deptak niczym łódzka ulica Piotrkowska. Wszystko skąpane w majowym słońcu, które cudownie oświetla bajeczne kamienice.

Ruszamy więc po prostu na spacer. Oradea jest naprawdę bajeczna! Głowa dosłownie próbuje obracać się dookoła, bo tyle jest wszędzie pięknych budynków. Przypominają mi  one na pierwszy rzut oka to, co widziałam w Barcelonie. Oradea zachwyca secesyjną architekturą. Wiele budynków jest odrapanych, zapomnianych, a mimo to przyprawiają o szybsze bicie serca. Miasto tętni życiem, ale jest to życie tak bardzo odmienne od pulsu Warszawy. Mnóstwo przechodniów, spacerowiczów, wypełnione po brzegi knajpki i kawiarenki. Nie ma garniturów, laptopów, pośpiechu. Rumunia nie jest bogatym państwem, ale po raz kolejny widzę w jej mieszkańcach taki niezwykle kojący spokój i zadowolenie. Rumunia ma w sobie coś! Jest ten magnes, który przyciągnął nas tam po raz trzeci. I nie żałujemy! Kiedy nogi odmawiają już posłuszeństwa, a Oradea wydaje się być obejrzana z każdej strony, decydujemy się na kontynuowanie podróży. Przed nami Transalpina.

*zdjęcie główne zapożyczone ze strony https://wyprawownik.wordpress.com/2013/06/14/oradea-secesyjna-perelka/

3 myśli na temat “Oradea- odcinek 9

Dodaj komentarz