Porto Palermo- odcinek 21

Droga raczy nas coraz piękniejszymi krajobrazami, mimo że szarobura aura nie odpuszcza. W dole szumi Adriatyk. Po krótkim czasie docieramy do kolejnego miejsca- Porto Palermo. Zjeżdżamy z głównej asfaltowej drogi na polną ścieżynkę wiodącą pośród śródziemnomorskiej roślinności. Parkujemy i wysiadamy z samochodu przy zaskakującym o tej porze dnia akompaniamencie świerszczy. Cykają głośno i doniośle, wypełniając swą muzyką całą przestrzeń wokół. Polna ścieżka prowadzi nas do zaniedbanych, prostych budynków. Powybijane okna i ściany pomalowane sprayami sugerują, że jest to miejsce opuszczone. A jednak nie. Tuż obok pod oknami stoi czerwony dostawczy samochód. Z środka dobiegają dźwięki jakiejś piły czy też innej maszyny. Mam złe przeczucia. Momentalnie na myśl przychodzi mi okropny, obrzydliwy film „Hostel”. Do końca życia będę żałować, że go obejrzałam. Nawet jeśli jest to fikcja, to jakim cudem tak makabryczne pomysły rodzą się w głowie normalnego człowieka… Jak można napisać taki scenariusz? Nie jestem fanką horrorów i innych makabr. Nie rozumiem i nawet nie próbuję pojąc zamiłowania do tego typu kina. I szczerze nienawidzę przemocy. Przemek zbliża się zaciekawiony do budynku.

– Hej, przestań! Nie idź tam! Po co my się tu w ogóle zatrzymaliśmy?!!!- nie kryję wzburzenia i strachu.

– Ruda ogarnij się! Przecież nikt nas nie zje!- Przemek dosłownie śmieje się ze mnie.

– Tak? A skąd ta pewność?! Wracaj! Idziemy oglądać tą twierdzę albo spadamy stąd natychmiast!- poziom adrenaliny wzrasta niebezpiecznie i mimo, że będąc w ciąży najbardziej tęsknię właśnie za tym co tą adrenalinę podnosi, to tym razem jest to zbyt wiele dla mnie.

Poszedł. Gapi się w pusty otwór okienny, a ja czuję jak pulsująca krew rozsadzi mi za chwilę czaszkę, uszy i serce napełnione strachem. Mimo, że uważam go w tym momencie za skończonego idiotę, a uczucie nienawiści i złości niebezpiecznie miesza się z tymi cieplejszymi emocjami, to jednak ostatecznie troska o męża wygrywa i czym prędzej podbiegam do niego. Spoglądam do środka budynku. Ciemne pomieszczenie z jednej strony wypełnia stos zgolonej baraniej sierści, a z drugiej kilka sprzętów przypominających mi rolnicze maszyny. Zarośnięty brudny człowiek ostrzy coś na kole, które umieszczone jest w swego rodzaju stoliku. Pamiętam, że mieliśmy coś podobnego w domu. Mój tata nazywał to krajzegą. Facet w końcu zauważa nas i rzuca nam niezadowolone spojrzenie.

-Idziemy.- spokojnie ale stanowczo odzywa się Przemek.

Bez słowa oddalamy się w kierunku zamku. Odwracam się jeszcze nerwowo i widzę, że mężczyzna wyszedł z budynku i odprowadza nas milcząco wzrokiem, w którym nie widać krzty zadowolenia…

Kiedy docieramy po kilku chwilach na właściwe miejsce, z jednej strony czuję ulgę, ale z drugiej niepokój wciąż nieśmiało wygląda z zakamarków mojego umysłu. Facet nie poszedł za nami, w budynku nie było niczego niezwykłego. Ot prawdopodobnie hodowca owiec zajmował się tutaj strzyżeniem swojego stada. Jesteśmy już u stóp twierdzy i nie robimy niczego, co mogłoby rozzłościć go. A jednak niepokój pozostał… Twierdza jest pusta. Jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Wchodzimy  do środka przez potężne ciężkie drzwi. Wewnątrz czuć chłód i wilgoć. Szare kamienie, z których zbudowany jest zamek oświetlają nieśmiało pojedyncze snopy jasnego światła wpadającego przez małe okienne otwory. Smugi słonecznych promieni tańczą wesoło w posępnym wnętrzu nadając mu iluzorycznej lekkości. Spacerujemy niespiesznie korytarzami, odwiedzając co chwilę nowe puste pomieszczenia. Cała twierdza jest opuszczona i zaniedbana, tak jakby była zupełnie zapomnianym miejscem. Tymczasem Porto Palermo wymieniane jest w niemal każdym przewodniku jako jeden z najciekawszych punktów do zwiedzania. Albania tym się różni od świata tzw. zachodniego- cywilizowanego, że nie stara się wykorzystywać całego swojego turystycznego potencjału, nie poszukuje w każdym zabytku możliwości zarobku, ale także nie dba o te zabytki w jakiś szczególny sposób. Z jednej strony ciężko zrozumieć, dlaczego zwiedzanie takich perełek nie jest droższe, dlaczego nie ma dodatkowych opcji typu elektroniczny przewodnik w postaci brzęczących słuchawek i staromodnego urządzenia na kształt walkmana, dlaczego ścieżki nie są pozabezpieczane barierkami, a kierunek zwiedzania nie jest ściśle wytyczony. Dlaczego możemy zajrzeć w absolutnie każde miejsce, w każdą dziurę w ziemi i poruszyć każdy luźniej umocowany kamień w scianie. Z drugiej jednak strony właśnie to stanowi największą wartość. Ta pozorna dzikość kraju, ta samowolka dla turystów, możliwość zwiedzania we własnym stylu i nienarzuconym z góry tempie. Brak komercji, brak kontroli, brak ograniczeń. Właśnie to poczucie swobody w przemierzaniu turystycznych szlaków zapamiętam najbardziej z Albanii.

Kiedy wychodzimy na górę, roztacza się przed nami cudowny widok na zatokę. Zimna wilgoć podziemnych przejść ustępuje miejsca nielicznym ciepłym promieniom słońca, które rozsunęło nieco deszczowe chmury, by zaprezentować nam ogrom albańskiego piękna. Wiatr wieje nieustannie, a niebo zyskuje dzięki niemu odrobinę należnego mu błękitu. Rozglądamy się dookoła chłonąc piękno chwili. Nie trwa to długo. Spokojne zwiedzanie przerywa nam przyjazd większej grupy. Mały tłumik ludzi rozpierzcha się dookoła, a szum rozmów przecina błogą ciszę. Rzucamy okiem jeszcze w stronę widocznej stąd bazy okrętów podwodnych i … żegnaj Porto Palermo. Czas na nas…

8 myśli na temat “Porto Palermo- odcinek 21

  1. Llubię takie mroczne klimaty. Na początku myślałam, że chodzi o Palermo na Sycylii, ale widzę, że to w Albanii, o czym nie wiedziałam. Bardzo interesujący wpis.

  2. Fajnie wprowadziłaś czytelnika czyli mnie… w troszkę mroczny klimat. Ja lubię tskie tajemnicze miejsca z nutą dreszczyku.

Dodaj komentarz