Przygoda coraz bliżej – odcinek 2

Dźwięk budzika gwałtownie świdrował wnętrze mojej głowy wpadając uchem, przy którym zbyt blisko zostawiłam telefon. Miałam się tylko zdrzemnąć… Tymczasem była 2 w nocy. Wstałam, nieprzytomnie przecierając oczy. Żołądek podskoczył mi do gardła wysyłając fałszywy sygnał o porannym głodzie, po czym od razu przypomniał mi o zjedzonej kolacji. Uroki ciąży. Z tym dziwnym uczuciem głodu i jednoczesnej sytości podreptałam do kuchni. Zapaliłam światło, które boleśnie uderzyło prosto w zaspane źrenice. Oczy szczypały, ziewałam przeciągle i nawet wizja Albanii nie była w stanie wyrwać mnie z poczucia niesprawiedliwości, że muszę wstać w samym środku nocy. Marzyłam o powrocie do wygodnego łóżka. Rozgrzana pościel pachniała tak kusząco… Do kuchni wszedł Przemek. Włączył ekspres do kawy parząc sobie kubek tego pobudzającego napoju. Maszyna huczała głośno przyprawiając moją głowę o podobnie negatywne odczucia jak budzik dzwoniący 5 minut temu. Wyszłam do łazienki. Przez szparę w uchylonych drzwiach dogonił mnie aromat kawy. Chociaż jedna malutka! Z mlekiem! Muszę, nie dam rady inaczej! Całą ciążę unikałam kawy, ale to był ten moment kiedy nie mogłam jej sobie odmówić. Szybki gorący prysznic i pachnąca kawa postawiły mnie na nogi. Pospiesznie dopakowywałam torby. Kosmetyki, pierdoły i ciuchy. Zdecydowanie za dużo wszystkiego! Wielkość i ilość wszelkich toreb, walizek, torebeczek była powalająca! Dwoje ludzi, jeszcze bez dziecka. Co będzie kiedy Stasiek przyjdzie na świat?! Kupimy kampera dla 3 osobowej rodziny, by móc pojechać na działkę?! Przemek pakował swój „niezbędnik” jak zwykle kierując się swą niezawodną zasadą „A co gdybym się zesrał?”. Co prawda nie zdarzyło mu się to od kiedy skończył 3 latka- serio, pytałam jego mamę- poza tym zawsze można coś przeprać lub po prostu kupić, ale jednak zapobiegliwa słowiańska natura wzięła jak zwykle górę. Wkrótce duży pokój, pół kuchni i korytarz były zastawione naszymi bagażami. Nosił je do Mazdy układając bardzo umiejętnie w bagażniku. Mistrz pakowania! Każda torba i torebeczka znalazła dla siebie optymalne miejsce. Zaczynało świtać. Na dotąd czarnym rozgwieżdżonym niebie pojawiła się jasna szeroka smuga blado różowego światła. Dochodziła 3:30. Czas ruszać. Przemek czekał już w aucie. Wychodząc, typowo po babsku sprawdziłam, czy jest wszędzie wystarczający porządek, czy jest miejsce na pamiątki, które tu przywieziemy, czy po powrocie powita nas miłe uporządkowane wnętrze. Lubię to uczucie kiedy wracając po długiej podróży siadamy razem na kanapie i jeszcze pełni emocji czujemy jak powoli powracamy myślami do bycia tu i teraz, do codzienności. Zanim znów nas ona przytłoczy, jeszcze przez jakiś czas żyjemy wspomnieniami i entuzjazmem na myśl o kolejnym wyzwaniu. Mieszkanie wyglądało znośnie. Pogasiłam światła, zamknęłam wszystkie zamki i zajęłam swoje miejsce w maździe. Nawigacja była już ustawiona. Zaczynamy od Tokaju. Zasnęłam nim minęliśmy granice Łodzi.

Dodaj komentarz