Queparo- odcinek 20

Wyspani, wykąpani, po prostym ale pysznym śniadaniu przyrządzonym samodzielnie zbieramy swoje manatki i jedziemy dalej. Śniadanie chcieliśmy dziś zjeść na tarasie, ale przenikający do szpiku kości poranny chłód skutecznie wygonił nas spowrotem do pokoju. Nie zanosi się na to, że poplażujemy podczas tego wyjazdu. To już kolejny dzień, kiedy pogoda niepokojąco zmienia się w kierunku tej listopadowej, jakby lato oddalało się z każdym dniem zamiast zawitać wraz z nadejściem czerwca. Korzystając z luksusów dostępnych w Sarande, łączę się z siecią, ogarniam wszystkie niusy na fejsbuczku, wysyłam kilka wiadomości i sprawdzam prognozę pogody. Nie jest dobrze. Bałkany toną. Gwałtowne ulewy, o których mówiła mama, nie ustają. Cały czas jesteśmy gdzieś na skraju silnego frontu atmosferycznego, z każdym kilometrem wymykając się niebezpieczeństwu, które po cichu dogania nas nocą. Kolejnego dnia znowu pędzimy przed siebie, unikając jednocześnie prawdziwej katastrofy. Nie jedziemy po to by ścigać się z deszczem, ale wygląda na to, że mimo woli tak właśnie się dzieje. Nasza trasa i tempo zwiedzania powodują, że codziennie jesteśmy o krok przed oberwaniem chmury.

Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów drogą wzdłuż morza, podziwiając adriatyckie krajobrazy. Skalna ściana po prawej i spokojny bezkresny szafir po lewej. Poranny chłód powoli ustępuje. Niebo pokryte jest pierzastymi białymi obłokami. Nie zanosi się na deszcz, ale bardzo wieje. Jedziemy do Queparo. To małe miasteczko łączące starą zabudowę z nowoczesnym stylem, usytuowane jest nad samym morzem i zachwalane wszędzie, w każdej publikacji na temat Albanii.

Kiedy surowa skała zaczyna ustępować miejsca fragmentom muru, pojedynczym domom, a zejścia do morza wyglądają coraz mniej dziko, wiemy że dotarliśmy na miejsce. Cichutka, zaspana mieścina wita nas słońcem i zapachem słonej wody niesionym przez nagłe podmuchy wiatru.

Mijamy pojedyncze knajpki, eleganckie apartamentowce, sklepy. Na skalnej ścianie pnie się w górę tradycyjna zabudowa. Wiekowe, ogromne domy, z dachami w kolorze wyblakłej cegły i murami brunatno szarymi od upływu czasu i zaniedbania nadają charakteru tej miejscowości. Puste, martwe okna, powybijane szyby i dzika roślinność porastająca każdy skrawek ziemi pomiędzy budynkami. Wszystko usytuowane wysoko, w miejscu na tyle trudno dostępnym, że nawet nie rozważamy wchodzenia tam.

– Ruda, w Queparo ponoć są plaże fajne. Szerokie i dzikie. Zobaczymy.- bardziej oznajmia niż pyta mój mąż.

Odpowiedź wydaje się zbędna, więc po prostu bez słowa protestu wsiadam do Mazdy. Zresztą dzika odludna plaża to jest coś, co uwielbiam. Podjeżdżamy wąską drogą na skraj wzniesienia. Wzdłuż całej góry prowadzi piaskowa szeroka ścieżka, która nie wygląda jednak na uczęszczaną przez samochody. Tuż za drogą wzgórze stromo schodzi w dół prowadząc na żwirkowo- kamienną plażę zakończoną lazurem wody. Dokoła nie ma żywej duszy. Plaża jest szeroka, gdzie niegdzie porośnięta trawą, i zapewne ku uciesze letnich turystów, stoją na niej pojedyncze słomkowe parasole chroniące od palącego w sezonie słońca. Parasole wyglądają na mocno nadgryzione zębem czasu i zaniedbania. Po lewej stronie przy piaskowej ścieżce zauważam małą murowaną grekokatolicką świątynię. Nic dziwnego. Te tereny i stare domy na wzgórzu zamieszkiwane były właśnie przez Greków. Spacerując wzdłuż drogi walczę z coraz silniej wiejącym wiatrem, który boleśnie plącze mi włosy i zagłusza wszelkie odgłosy dookoła. Jak zza pancernych drzwi dobiega do mnie wreszcie stłumiony, ledwo słyszalny głos Przemka.

– Ruda, odwróć się! Zobacz! Zrób zdjęcie!

Odwracam się szybko i widzę osiołka, który powoli kroczy drogą wioząc na grzbiecie śniadego mężczyznę o czarnych jak smoła włosach, delikatnie przyprószonych siwizną, i kilka przytwierdzonych do boku solidnych bagaży. Przyglądam się zupełnie niedyskretnie, zapominając o dobrym wychowaniu i bezczelnie wyciągam aparat. Kiedy po raz kolejny naciskam spust migawki, mężczyzna na ośle odwraca się i patrzy na mnie jakby chciał dać mi znać, że zdaje sobie sprawę z tego że właśnie został turystyczną atrakcją. Momentalnie zaczynają mnie wypełniać bardzo mieszane odczucia. Dlaczego właściwie dajemy sobie prawo do fotografowania obcych ludzi podczas ich codziennego życia, często życia skromnego, ubogiego, trudnego, nie pytając ich o zgodę? Czy ten oderwany od codzienności stan zwany podróżą uprawnia nas do traktowania tubylców w kategoriach atrakcji? Im mniej wyszukanie tym lepiej, prawda? Osiołek zamiast Mercedesa- to jest to! Egzotyka! Zróbmy zdjęcie! Czy będąc na obcej ziemi, będąc gościem powinniśmy tak się zachowywać? Są dwie strony tego medalu… Z jednej człowiek na ośle, któremu pstrykam zdjęcie. Jego spojrzenie, jego trud, jego życie. Z drugiej nasze wspomnienia. Nie ma nic cenniejszego do przywiezienia z podróży niż serce i głowa wypełnione obrazami, aromatami, dźwiękami innego świata. Kiedy jednak nasza proza życia przejmuje stery i wypełnia nasze umysły codzienną gonitwą, wspomnienia tracą ostrość. Zdjęcia tak licznie zgromadzone na dyskach, tak pieczołowicie segregowane, opisywane i katalogowane- są naszą jedyną drogą do przywrócenia w pamięci niezwykłych chwil spędzonych podczas wyjazdu. Chciałabym zatrzymać tego pana, wytłumaczyć mu się, przeprosić, wyjaśnić mój punkt widzenia. Nigdy jednak tego nie zrobiłam i tym razem również pozwalam człowiekowi oddalić się odprowadzając go nieco skruszonym, przepraszającym wzrokiem, szukając w jego oczach odrobimy porozumienia. Jakby czytając mi w myślach, mężczyzna uśmiecha się do mnie w ostatniej chwili, po czym odwraca głowę i oddala się niespiesznie ze swoim osiołkiem.

Plaża zachęca do spaceru. Idziemy więc powoli wzdłuż wody milcząc, bo silny wiatr uniemożliwia jakąkolwiek rozmowę.  Ciężko to miejsce zapisać w kategorii „absolutnie piękny raj na ziemi”. Cudowne odcienie wody od granatu przez błękit, lazur po jasną zieleń oraz malownicze góry nie wystarczą… W wyżej wymienionej kategorii zwykle zapisywane są miejsca nieskazitelne, czyste, zadbane, wypełnione słońcem. Queparo w szarawej poświacie pochmurnego dnia prezentuje się trochę przygnębiająco. To nie sezon, to nie czas dla turystów, to nie moment kiedy plaża tętni życiem, drinki leją się strumieniami, a gwar rozmów zagłusza muzyka dobiegająca z plażowych kafejek. Rozglądamy się niespiesznie dookoła. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta plaża przypomina mi krymskie wybrzeże, gdzie niezwykła przyroda została bezczelnie zaśmiecona ludzką ręką. Puste odrapane budynki sklecone z byle czego- trochę drewna, trochę betonu, trochę falistej blachy, trzcin, traw… Bezkształtne, zaniedbane baraki. I śmieci rozsypane dookoła, walające się między kamieniami na pięknej pustej plaży…

Oddalamy się powoli do Mazdy, by wyruszyć w kierunku Porto Palermo.

« 2 z 2 »

9 myśli na temat “Queparo- odcinek 20

    1. Tak, bo to one nadają temu miejscu taki pazur, taką prawdziwość. Pokazują albańską rzeczywistość bez lukru i wygładzania.

  1. Ta pogoda! Potrafi zepsuć niejeden wyjazd! Podczas naszego urlopu też wisiało nad nami widmo ulewy, ale na szczęście zbyt dużo nie padało. Pozdrawiam Was!!

Dodaj komentarz