Rejs po Boce Kotorskiej- odcinek 28

Chwilę po ósmej budzi mnie gwałtowny i natrętny dzwonek budzika. Odwykłam od porannego wstawania, chociaż wiem, że powinnam się przyzwyczajać. Czekają mnie niebawem nieprzespane noce i bardzo wczesne poranki. Zwlekam się niechętnie z łóżka i idę pod prysznic. Kiedy orzeźwiona i całkiem już obudzona wracam do sypialni, mój wzrok kieruje się na okno, a tam wita mnie przepiękny widok. Błękit i góry. Przez moment nie mogę oderwać oczu i stoję wpatrzona w ten obrazek.

-Wstawaj, bo się spóźnimy na rejs.- budzę śpiącego jak kamień Przemka

Powoli, przeciągle ziewając zwleka się z łóżka i od razu spogląda w okno.

-Ale tu ładnie, nie babsztyl?- zagaduje z uśmiechem.

Śniadanie zjadamy na tarasie. Powietrze o tej porze dnia jest jeszcze rześkie, ale czuć już, że temperatura będzie dziś wysoka. Cudownie, bo marzę o tym, by złapać kilka promieni słońca na moją białą jak śnieg skórę.

Jedziemy do Kotoru. Ruch na drodze jest o dziwo umiarkowany, nie ma wielkiego tłoku ani korków. Bez większych problemów parkujemy i idziemy prosto do „naszej” łódki. Nie ma nikogo oprócz pary starszych osób, które czekają chyba na ten sam rejs. Przemek zaczyna rozmowę z nimi. Okazuje się, że owszem też chcą popłynąć na wycieczkę, ale kapitan statku kazał czekać, aż przyjdzie więcej osób. Czekają więc, mimo że do Kotoru przybyli drogą morską i Bokę częściowo już z poziomu wody widzieli. Przypłynęli wielkim wycieczkowcem, który stoi od wczoraj w porcie i poraża swoim ogromem. Zaczynamy rozmawiać, gratulują mi brzuszka, pytają skąd jesteśmy, gdzie nauczyliśmy się angielskiego. Rozmowa jest coraz żywsza. Okazuje się, że to para emerytów ze Stanów Zjednoczonych. Są Żydami, a do USA wyemigrowali z Rosji, z Petersburga. Znają więc nasze wschodnie klimaty, stąd też nieco dziwi ich, że dobrze mówimy po angielsku, a wcale nie mówimy po rosyjsku. Po kilku minutach miłej konwersacji okazuje się, że raczej nikt więcej nie pojawi się na naszej wycieczce. Kapitan jednak decyduje, że rejs się odbędzie. Wsiadamy na niewielki stateczek. Słońce jest już wysoko na niebie i przyjemnie grzeje. Ruszamy z kotorskiego portu na spokojne wody zatoki. Rozmowa z nowymi znajomymi cały czas nie ustaje. Są jakieś dwa pokolenia starsi od nas, a mimo to od razu mamy dobry kontakt. Czuć od nich ciepło, serdeczność, ciekawość świata i widać, że im również rozmowa sprawia przyjemność. Nava i Alex swoją emeryturę spędzają w wymarzony sposób. Dwa lub trzy razy do roku wyruszają w jakąś podróż. Ostatnio zafascynowały ich te, które odbywają się na pokładzie ogromnych pasażerskich statków. Nava była przez wiele lat pediatrą. Z wręcz matczyną troską patrzy na mój okrągły brzuch i udziela mi kilku rad odnośnie noworodka. Są to jedne z niewielu rad, które przyjmuję ze spokojem, uśmiechem, a nawet wdzięcznością. Rozmawiamy dosłownie o wszystkim jednocześnie przyglądając się mijanym krajobrazom. Pogoda dziś wyjątkowo nas rozpieszcza. W tak słoneczny dzień Boka Kotorska prezentuje się fenomenalnie. Mijane miasteczka wyglądają podobnie, a jednocześnie każde z nich po raz kolejny wzbudza w nas wszystkich na nowo falę zachwytu. Zielone wzgórza łagodnie schodzą do wody, a tuż przy brzegu znajduje się większość zabudowań z białego kamienia z dachami w kolorze ceglanej czerwieni.

Na dłuższą przerwę zatrzymujemy się w miejscowości Perast. Piękne kamieniczki, urokliwa starówka, wąskie uliczki czyli krajobraz tak dobrze nam już znany, tak bardzo charakterystyczny dla tego rejonu, a jednocześnie wciąż urzekający. Na obiad zjadamy pyszną plejskavicę i w radosnych nastrojach ruszamy dalej. Rejs nie trwa długo, ale pozwala nam na niezwykłą ucztę dla zmysłów i nasycenie się niepowtarzalną urodą tego fiordu. Kiedy cumujemy w Kotorze, postanawiamy to miasto zwiedzić nieco dokładniej. Z nieba zaczyna lać się żar. Po raz pierwszy podczas tego wyjazdu mamy prawdziwy upał. Nie tylko nas to nie zraża, ale wręcz zachęca do pieszej wędrówki po zabytkowych murach miejskich. Wspinamy się dość długo po kamiennych schodach na Bastion Korner, by stamtąd podziwiać widok na kotorską marinę. Po drodze muszę kilka razy zatrzymać się na dłuższą chwilę. Wypijam też nieprzyzwoite ilości wody, ale nie poddaję się i idę dalej. Okazuje się, że wycieczka na górę była warta tego wysiłku. Widok jest wspaniały, a satysfakcja jeszcze większa. Wracając do samochodu trafiamy jeszcze na lokalny targ. Kupujemy znowu warzywa, owoce i ser.

W Dobrocie wita nas właściciel apartamentu. Pyta, czy mamy ochotę na przyrządzaną przez niego, świeżo złowioną rybę. Domowe jedzenie ma być serwowane dla nas na niższym piętrze budynku, w prywatnej jego części. Możemy poucztować razem z rodziną, skosztować domowych win, porozmawiać. Od razu przyjmujemy zaproszenie. Jesteśmy zachwyceni taką propozycją, bo właśnie poznawanie mieszkańców, uchylanie rąbka ich codzienności, możliwość zobaczenia jak na co dzień mieszkają, to jest to co w podróżach cenimy najbardziej. Ciekawość drugiego człowieka, ciekawość innych kultur i obyczajów to jak wiatr w żagle dla naszego podróżniczego bakcyla. Umawiamy się na jutro na kolację i planujemy, że jutrzejszy dzień spędzimy na opalaniu i pływaniu,  a zakończymy go lokalną ucztą rybną.

Siedząc wieczorem na tarasie robię zdjęcie statku Navy i Alexa i wysyłam im. Wymieniliśmy się mailami i adresami i mam wrażenie, że ten kontakt zostanie utrzymany.

Przemek siedzi długo na tarasie wpatrzony w spokojną granatową toń wody. Zasypiam pierwsza przy akompaniamencie cykających głośno za oknem świerszczy.

Dodaj komentarz