Rumunia- odcinek 8

Są takie miejsca, do których ciągnie nas coś nieokreślonego. Miejsca trochę dziwne, trochę swojskie. Trochę zapomniane, a jednocześnie popularne. Miejsca tak bliskie geograficznie, a dalekie kulturowo. Miejsca cieszące się złą sławą, co jest bardzo krzywdzące, a jednocześnie nieco usprawiedliwione. Jednym z takich miejsc jest Rumunia. Po raz pierwszy przyjechaliśmy tutaj z wycieczką autokarową, by podążać śladami Drakuli. O ile kraj nas zauroczył o tyle organizator ostatecznie postawił kropkę nad „i” upewniając nas tym samym, że nie chcemy już korzystać z wyjazdów z biurami podróży. Niewiele zobaczyliśmy podczas tamtej wycieczki. Kilka w przelocie odwiedzonych miejsc, na szybko cykniętych fotek, mnóstwo nerwów i rozczarowania. Mimo to Rumunia uchyliła przed nami rąbka na tyle fascynującej tajemnicy, że zapragnęliśmy tam wrócić.

Powrót do tego magicznego miejsca- samodzielnie, własnym autem- przypadł na czas naszej podróży poślubnej. Była to pierwsza tak daleka podróż na własną rękę. Dotarliśmy wtedy do Stambułu. Rumunia absolutnie i na zawsze zagościła w naszych sercach. Ukochana Sigisoara, cudowna zapierająca dech w piersiach Trasa Transfogarska, wesoły cmentarz w Sapante, uśmiechnięci Cyganie ze swoimi kolorowymi, obdartymi wozami, otoczeni umorusanymi dzieciaczkami. Gościnność, dobra kuchnia i wspaniała przyroda. Wstępnie zastanawiając się nad trasą, jaką pokonamy w drodze do Albanii, ustaliliśmy jako oczywistą oczywistość, że zatrzymujemy się w Rumunii. Ten punkt naszego wyjazdu niesamowicie mnie cieszył. Są w Rumunii takie miejsca, w których moja -być może nadwrażliwa- dusza czuje przeszywający dreszcz. Dreszcz lekkiej grozy przemieszanej z zaciekawieniem i ogromnym zachwytem nad istniejącym stanem rzeczy. Czy można obojętnym okiem spojrzeć na Sigishoarę? Być może w sezonie trochę tłoczną, może lekko skomercjalizowaną, ale jednak każdy skrawek średniowiecznych murów, każda cegiełka w tych wiekowych kamienicach aż tętni życiem i historią wielu pokoleń. Spacerując tym miasteczkiem niejednokrotnie czułam gdzieś na karku lekki dreszcz i powiew fascynującej historii. Historii ludzi, życia, codziennych radości i dramatów w odległych wiekach średnich. Wrażenie cofnięcia czasu towarzyszyło mi nieustannie w trakcie obydwu pobytów tam. Jaka będzie Sigisoara kiedy mój synek dorośnie? Czy to miasteczko, które z pewnością mu pokażemy nadal będzie tą samą nieco mroczną mieścinką położoną w legendarnej Transylwanii? Czy może zapełni się kolorowymi straganami pełnymi badziewia made In China przesłaniając tym samym prawdziwy charakter i piękno? Taki los spotyka wiele atrakcyjnych turystycznie miejsc. Wszechobecna komercja zabijając to co najpiękniejsze.

„Zerknij na mapę. Ja chciałbym na pewno Hunedoarę zahaczyć i tam przenocować, na bank Transalpina.”- mówi P.

Patrzę zatem i chociaż nie jestem najlepszym nawigatorem ani podróżniczym strategiem to niestety natychmiast zauważam, że moja Sighisoara jest nam zupełnie nie po drodze. Granicę przekroczymy w okolicach Oradei i powinniśmy kierować się w stronę Serbii uwzględniając na trasie naszej podróży Transalpinę. Mina mi rzednie. Szkoda! Niestety ogranicza nas czas. Mamy dotrzeć do Albanii i przejechać całe wybrzeże. Rumunia, którą widzimy po raz trzeci to tym razem tylko miły dodatek.

„Skoro wjedziemy do Rumunii- praktyczne prosto do miasta Oradea- to może zobaczymy je przez chwilę. Noclegu szukam w Hunedoarze. A Sigishoara?”

„Jeszcze tu wrócimy. Z młodym” P. mówi to lekko i jakby od niechcenia, ale wyczuwam w jego tonie nutkę lekkiej dumy, że będzie mógł pokazać ten kawałek świata swojemu synowi. Nie raz rozmawialiśmy o tym jak zmieni się nasze życie po narodzinach dziecka. Czy będziemy podróżować? Oczywiście! Z małym u boku! Zabierzemy go wszędzie, pokażamy mu nasze ulubione miejscówki i odwiedzimy razem te całkiem nowe, jeszcze przez nas nieodkryte. Nie będziemy się ograniczać. Oddycham więc z ulgą, bo wiem że jeszcze tu wrócę…

Zatem ustalone. Decydujemy się jechać do Oradei, stamtąd na górską trasę Transalpinę i do Hunedoary. Sigisoary tym razem nie będzie. Hunedoarę już raz widzieliśmy- przelotem, w biegu, podczas zorganizowanej wycieczki z najgorszym na świecie biurem podróży. Zapamiętaliśmy ogromne zamczysko, do którego droga prowadziła przez postindustrialne tereny. Piękny majestatyczny zamek otoczony szarymi posępnymi budynkami i kominami kombinatu górniczo- hutniczego powstałego za czasów  Czauczesku. Widok co najmniej zaskakujący.  Oradea będąca pierwszym przystankiem w Rumunii także nie jest nam całkiem obca. Również widziana w przelocie z okien zatłoczonego wycieczkowego autokaru kilka lat temu wzbudziła nasze zainteresowanie. W Oradei nie wyznaczamy sobie żadnych punktów do zwiedzania z cyklu „must”. Założeniem jest trochę odpocząć, pospacerować, zjeść coś w lokalnym barze i poczuć tętno tego miasta. Nie planujemy więc oglądania świątyń, muzeów, pomników, obelisków itp. skupisk turystów.

Droga z Tokaju do Oradei jest stosunkowo krótka i niewyczerpująca. Po około dwóch godzinach jazdy podczas pięknej słonecznej pogody przekraczamy granicę z Rumunią. W odległości zaledwie kilkunastu km dalej jest pierwszy cel tego odcinka podróży.

Ach Rumunia! Piękna, zielona, nieco dzika i nieokiełznana.  Z zachwytem wpatruję się przez przednią szybę samochodu w otaczające mnie krajobrazy. Pagórkowaty teren o zieleni tak soczystej, że chciałoby się dosłownie wyciskać sok z trawy. Szerokie rozległe pastwiska, pełne bydła. Stare samochody, którym daleko do zadbanych klasyków. Wioski, wioseczki i błogi spokój… Gdzieś tam pośród tego sielankowego krajobrazu kryją się niewielkie domy. Często dach wymaga łatania, podwórze gruntownego sprzątania, a poletko za domem sporych inwestycji. Gdzieś pośród tej beztroskiej skąpanej w słońcu zieleni kryją się codzienne wyzwania Rumunów, którzy nie są bogatym narodem. Z zaciekawieniem chłonę każdy skrawek, każdy obraz, który rejestrują moje źrenice. Stasiek szaleje! Im bardziej wczuwam się i rozpływam w zachwytach nad urodą tego kraju, tym bardziej moje „wewnętrzne życie” daje o sobie znać. Tak mój synku- już wtedy podczas tej szczególnej dla nas podróży zaznaczałeś swoją obecność na każdym kroku. Cieszyło mnie to, bo od początku chciałam byś tam z nami był.  Niemożliwe by dziecko będące jeszcze na etapie życia płodowego cokolwiek pamiętało, prawda? A jednak mówi się, że odczucia matki, jej radość, stres, sposób spędzania czasu, słuchana muzyka, czytane książki bezpośrednio oddziałują na dziecko, utrwalając w nim pewne wzorce. Maluch, którego mama słuchała w ciąży Mozarta prawdopodobnie pozytywnie zareaguje, gdy usłyszy tą muzykę będąc już  po drugiej stronie brzucha. Wyobrażałam wiec sobie, że istnieje jakaś – chociażby niewielka – szansa, że pokochasz podróże. Chcieliśmy nieść cię w „plecaku” po Górach Sowich, pokazać ci świat, jeździć z tobą i zdobywać kolejne cele.  Chcieliśmy byś dzielił z nami tą pasję, by „nic” się nie zmieniło, gdy przyjedzie era poporodowa. Dlatego twoje kopniaki i radosne harce pod moim sercem napawały mnie optymizmem i radością, a to serce pod którym tak szalałeś było pełne słodkiej błogości na myśl o twoich narodzinach.

Rumunia była dla mnie miejscem szczególnym. Jako para- nawet jeszcze nie zaręczona- wybraliśmy ten kraj jako miejsce pierwszej „dzikiej” podróży. Dzikiej, bo wówczas wydawało nam się, że Rumunia to trzeci świat. Słyszałam tysiące opowieści o dzieciach oblegających autokar na każdym postoju, o tym że czekają na jakiś choćby najdrobniejszy upominek z „lepszego świata” , o kradzieżach i rozbojach, o napadach na turystów. Właściwie to była ta sama śpiewka jaką powtarzano mi wielokrotnie przed naszym wyjazdem do Albanii. Dziś już doskonale wiem, że te opowieści można między bajki włożyć.

Rumunia jest piękna, przyjazna i ma wiele do zaoferowania, każdemu kto ja odwiedzi…

4 myśli na temat “Rumunia- odcinek 8

  1. Marzy mi się bardzo ta Ruminia, bo co czytam i co słyszę opowiadania przyjaciół to każdy jest zachwycony, a ja jeszcze nie mogłam zobaczyć rumuńskiego piękna na własne oczy. Mam nadzieję, że będę mogła tak pojechać 🙂 BTW, jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Rumunii?

  2. Super historia! Wasze dziecko na pewno pokocha podróże i będzie otwarte na świat 🙂 Też się wiele nasłuchałam o Rumunii, jak tam jest strasznie, a potem znajomi pojechali i okazało się, że te wszystkie historie to są wyssane z palca. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się Rumunię odwiedzić.

Dodaj komentarz