Skopje, żółw wędrownik i przerażające ziewnięcie- odcinek 14

Wykończona, zadowolona, uspokojona wsiadam do auta. Wyjeżdżając z policyjnego parkingu śmiejemy się jak małe dzieci. Poziom rozbawienia przyprawia nas o zakwasy w brzuchach. Mamy spowrotem naszą Mazdę, mamy wszystkie bagaże, mamy pieniądze i mamy siebie. Jedziemy więc dalej. Nie wiem jak i kiedy się to dzieje, ale zasypiam jak kamień. Przez kilka godzin nie dociera do mnie absolutnie nic. Przemek prowadzi, zapada noc. Jedziemy do Macedonii. Na Bałkanach sporo miejsc już zwiedziliśmy, niektóre podczas tego wyjazdu odwiedzimy po raz drugi czy trzeci. W Macedonii już też raz byliśmy, ale tylko przejazdem w drodze do Stambułu. Macedonia zapadła mi w pamięci jako kraj absolutnej ciemności, nielicznych miasteczek i dzikiej leśnej zwierzyny. Kiedy dwa lata temu jechaliśmy nocą przez Macedonię, widziałam najpiękniejsze najbardziej rozgwieżdżone niebo. Tysiące świetlistych punktów, iskierek, ognistych kuleczek na aksamitnym, czarnym, nieskończonym niebie. I cisza wokół przetykana pojedynczymi cykaniami świerszczy. Dookoła lasy. Jadąc wtedy zatrzymaliśmy się na poboczu, by zrobić sobie krótką przerwę, przespać się chwilę i zregenerować. W tamtym czasie obydwoje paliliśmy nałogowo. Była chłodna noc, a szyby samochodu bardzo szybko zaparowały i pokryły się kroplami rosy. Przebudziłam się słysząc, że Przemek wychodzi z samochodu. Delikatnie przecierając boczną szybę zobaczyłam, że odpalił papierosa i stoi obok auta. Zwinęłam się w kłębuszek zasypiając znowu na rozłożonym fotelu samochodu. Minęła dosłownie chwila, kiedy nagle Przemek wpadł z impetem do auta, zajął swoje miejsce za kierownicą, zamknął centralnym zamkiem wszystkie drzwi i nie kładąc się, po prostu patrzył przed siebie z bardzo szeroko otwartymi oczami.

„Co się dzieje?”- zagadałam zaspana

„Nie wiem”- jego głos drżał i po raz pierwszy usłyszałam w jego wypowiedzi bardzo wyraźną nutę niepewności i strachu.

„Ale czemu się przestraszyłeś?”- jego dziwne zachowanie wzbudziło mój niepokój i obudziłam się na dobre.

„Ruda nie wiem co to było, ale to było przerażające. Jakieś ziewnięcie. Ale takie jakiego nigdy nie słyszałem…”

„Pewnie jakieś zwierze…. No ale jak chcesz to możemy jechać stąd. Jesteś zmęczony, mam wsiąść za kółko?”

Nic nie odpowiedział, ale momentalnie odpalił silnik i nawet nie stawiając swojego oparcia do pozycji pionowe, po prostu odjechał z rozłożonym fotelem. Zatrzymał się dopiero w najbliższym miasteczku pod jakimś dobrze oświetlonym budynkiem, który rano okazał się bardzo obleganą piekarnią. Szorując o świcie zęby wyposażona w butelkę wody mineralnej, spluwałam pianą na chodnik, jednocześnie kłaniając się nisko paniom, które przyszły po pieczywo. Stanowiliśmy wówczas nie lada atrakcję dla miejscowych. Audi na polskich blachach zaparkowane pod piekarnią, załadowane bagażami, z dwójką ludzi na pokładzie z czego jeden śpi owinięty kurtką, a druga w najlepsze szoruje uzębienie stojąc na środku chodnika.

Macedonia dotychczas pozostawała w mojej pamięci krajem przerażającego ziewnięcia. Nic więcej o niej nie wiedziałam, nic więcej ni mogłam powiedzieć.

Jechaliśmy znowu ciemną nocą przemierzając podobnie jak poprzednio proste gładkie drogi rozciągnięte w totalnej ciszy i ciemności. Od momentu przekroczenia granicy droga wydawała się monotonna. Ciemność, równy asfalt autostrady i bramki z opłatami dosłownie co kilkanaście kilometrów. Staram się spać, ale kiedy tylko zapadam w głębszy sen, znowu budzi mnie cała procedura płacenia na bramce. Przysypiam i co chwilę to samo- zwalnianie, szum otwieranej szyby, chłodny powiew powietrza, krótkie „hello”, odliczanie pieniędzy, „bye”, zamykanie szyby i jazda. Kilkanaście razy podczas drogi do Skopje! W końcu zasypiam snem kamiennym i przestaję zwracać uwagę na cokolwiek.

            „Hej, obudź się. Śpisz i śpisz. No ile można?! Jesteśmy w Skopje!” – dociera do mnie bardzo przytłumiony głos, ale sens słów rozumiem momentalnie. Skopje czyli jesteśmy w Macedonii. Rozglądam się zaspanymi oczami. Jest noc, ulice miasta są opustoszałe i ciche. Samo miasto natomiast lśni wspaniałą iluminacją. Praktycznie każdy budynek jest wspaniale oświetlony. Widok robi na mnie ogromne wrażenie, jest bowiem tak odmienny od moich dotychczasowych wyobrażeń o Macedonii. Oto jesteśmy w dużym, zadbanym, pięknie oświetlonym mieście i gdzie nie obrócić głową- wszędzie widać budynki przypominające mieszankę greckich świątyni z włoskimi kamienicami. Kolumny korynckie, posągi,  budowle przypominające starożytne świątynie… To wszystko robi wrażenie! Objeżdżamy powoli miasto, niespiesznie pokonując kolejne ulice. Jest środek nocy. Dookoła pusto i cicho. Miasto śpi, nie tętni nocnym życiem, ale odpoczywa skąpane dostojnie w blasku wszechobecnych iluminacji. Przychodzi ten niemiły moment kiedy uświadamiamy sobie, że na Skopje nie starczy nam czasu. Nie mamy wyjścia- jeśli chcemy przejechać całe albańskie wybrzeże, to czas ruszać dalej w drogę.

Zaczynamy więc drugą rundę z autostradowymi bramkami. Noc upływa spokojnie, jedziemy równym tempem od jednego punktu poboru opłat do kolejnego.  Większą część tej trasy przesypiam w duchu podziwiając Przemka za tą niezmordowaną postawę za kierownicą. Jest już całkiem widno, kiedy w odległości kilkunastu kilometrów od Ochrydu zauważam coś na drodze.

„Stójjjj!” drę się w niebogłosy.

Gwałtowne hamowanie, szarpnięcie, wielkie przerażone oczy Przemka skierowane na mnie i wyraz głębokiego zszokowania na jego twarzy. Rozglądam się, patrzę przed maskę samochodu i oddycham z ulgą. Jest. Przestraszył się pewnie nie mniej niż mój mąż, przyspieszając więc kroku przechodzi na przeciwny pasu ruchu i zdaje się, że zamierza opuścić jezdnię. Piękny, duży żółw spaceruje powoli przed nami i dopiero po chwili dociera do Przemka przyczyna mojego wrzasku.

„O jaaaa! Ale super! Uratowałaś żółwia! Jaki fajny! Idziemy do niego się przywitać?” Nie czekając na odpowiedź Przemek zjeżdża na pobocze i uśmiechnięci wysiadamy z auta. Patrzę na naszego nowego małego przyjaciela i nagle słyszę z oddali odgłos nadjeżdżającego pojazdu. Patrzymy przed siebie obydwoje lekko przestraszeni. Z naprzeciwka pędzi TIR. Jedzie dokładnie w przeciwnym kierunku, tym pasem ruchu, na który uciekł przed nami żółw. Albo go zabierzemy, albo zaraz zginie pod kołami ciężarówki.  Jest też duże prawdopodobieństwo, że po prostu skuli się w skorupie i przeczeka, aż przemknie ciężarówka nad nim nie robiąc mu żadnej krzywdy. I to zdaje się jest najbardziej prawdopodobna opcja. Ale co jeśli jednak zginie?! Podbiegam więc, łapię go w dłonie i usuwam się na pobocze po drugiej stronie drogi. Ciężarówka mija nas ze świstem zostawiając za sobą chmurę kurzu i powiew suchego powietrza. Przemykający TIR jak kurtyna odsłania mojego męża stojącego naprzeciw. Na twarzy ma wymalowane niedowierzanie, wkurzenie i zadowolenie. Żółw uratowany po raz drugi. Nie była to akcja tak spektakularna jak na amerykańskich filmach, ale jednak przyprawiła Przemka o szybsze tętno. Trochę miałby kłopot, jakby mnie nagle tuż przed Ochrydem TIR rozjechał. Wakacje skopane, a przecież to dopiero początek. Jestem absolutnie pewna, że tak mniej więcej skomentuje tą sytuację.

Żółwia wypuszczam na poboczu życząc mu dużo szczęścia i dziękując za to niezwykłe spotkanie. Wsiadamy do wozu.

„No jest szansa, że jednak zobaczysz to jezioro ochrydzkie” zaczyna Przemek

„Tak? A wątpiłeś w to?”

„Nie no spoko, nie wątpiłem. To całkiem normalne ratować żółwia ryzykując, że się wpadnie pod ciężarówkę. No nie wiem czy w Ochrydzie jest szpital i czy by cię odratowali. Trochę miałbym kłopot z resztą podróży. Ktoś mi musi nawigację przecież nastawiać…” kwituje w swoim stylu mój przemiły mąż.

Za kilka minut docieramy na miejsce…

Dodaj komentarz