Stary Bar i Budva- odcinek 26

Ulcnji wita nas spokojem, ciszą i zwyczajnością. Jest słonecznie i przyjemnie, ale nie ma mowy o upale. Docieramy na miejsce do zarezerwowanej kwatery i okazuje się, że cena jak najbardziej aktualna, chociaż wynikająca z pomyłki właścicieli. Przyjmują nas mimo, że pobyt na jedną noc zupełnie im się nie kalkuluje. Pokój jest bardzo schludny, prosty i poprawny. Mamy do dyspozycji także taras, ale żaden oszałamiający widok się  z niego nie roztacza. Od plaży dzieli nas jakieś pół kilometra. Wybieramy się więc na spacer. Plaża jest rzeczywiście dość szeroka i piaszczysta, ale zupełnie nie urzekająca. Miasteczko o tej porze roku wyciszone, uspokojone, czyli tak jak lubimy, a mimo to również nie odnajdujemy w nim większego uroku. Jedziemy zatem pozwiedzać okolicę. Na początek Stary Bar. Położone wysoko starożytne miasto jest jedną z największych atrakcji Czarnogóry. Na zdjęciach wygląda bardzo klimatycznie, więc z dużym zaciekawieniem jedziemy tam. Droga do Starego Baru pnie się wysoko małymi krętymi uliczkami. W końcu docieramy do celu. Parkujemy przed bramami miasta i dalej ruszamy na piechotę. Jesteśmy prawie sami. Cudowne uczucie i nagroda za wybranie terminu całkiem poza sezonem turystycznym. Kamieniste uliczki przy których posadowiono małe kamienne domki wyglądają niezwykle uroczo. Większość budyneczków zamieniono w kramy z lokalnymi lub orientalnymi wyrobami i pamiątkami lub na restauracje i kawiarnie. Na ciepłych ulicznych kamieniach leniwie wyciągają się bezpańskie koty i psy. Docieramy na szczyt ruin do słynnej wieży zegarowej. Delikatnie wyglądające zza chmur pojedyncze promienie słońca  bardzo przyjemnie ogrzewają moją twarz, a błogą ciszę przerywają jedynie cudowne dźwięki natury pochodzące od różnego rodzaju ptaków i owadów. Ruiny zarośnięte są trawą i chwastami, a zejście z wydeptanej ścieżki wydaje mi się dość ryzykowne. Ostrożnie stawiam nogi i potrze uważnie na ziemię przed sobą. Chcę podejść bliżej kamiennego muru, za którym rozciąga się przepiękna panorama. Nagle tuż pod moją stopą coś gwałtownie się porusza. Patrzę zaskoczona i nieco przestraszona. Pokaźnych rozmiarów spłoszony wąż właśnie energicznie się oddala. Nie wiem co to za gatunek, ale nie chciałabym się przekonać na własnej skórze czy jest jadowity. Ostrzegam Przemka, szczególnie, że wybrał się na ten spacer w sandałach.

Widok zapiera dech w piersiach. Zieleń, skały, grająca w uszach i duszy cisza, którą można usłyszeć tylko podczas bliskiego kontaktu z naturą. Cisza matki ziemi czyli ten rodzaj dźwięków, które harmonijnie wprowadzają człowieka w nastój całkowitego odprężenia i połączenia z czymś wyższym, czymś nieuchwytnym, o czym zapominamy w codziennej gonitwie, żyjąc w mieście. Lekki szum traw poruszanych wiatrem, cykanie owadów, zapach zieleni… Stoję zapatrzona przed siebie i chłonę ten niezwykły moment. I znowu to nie ruiny i rzeczy ludzką ręką stworzone zauroczyły mnie najbardziej, ale potęga i majestat przyrody. Świat jest piękny i chcę go doświadczać jak najpełniej.

Schodzimy nieco niżej tam gdzie zlokalizowana jest większość knajpek i zatrzymujemy się na pyszny posiłek. Dojrzałe w bałkańskim słońcu warzywa smakują tak soczyście, że znowu nie mogę się oprzeć prostej swojskiej sałatce szopskiej. Pijemy pyszną parzoną na turecki sposób kawę i po krótkim odpoczynku jedziemy zobaczyć kolejne miasto- Budvę. Jesteśmy z góry pewni, że nie będzie do nasze docelowe miejsce w Czarnogórze, ale chcemy chwilę pozwiedzać.

Budva nazywana jest czarnogórskim Miami. Duże gwarne miasto zlokalizowane na półwyspie otoczone starymi murami obronnymi z przepiękną starówką bardzo przypomina mi Dubrovnik, do którego ma duży sentyment. W Budvie pogoda coraz bardziej się poprawia, pojawia się sporo słońca, więc zwiedzanie zapowiada się wreszcie przyjemnie. Idziemy na lody. Jak wakacje to nie może się obejść bez tego pysznego deseru. Zajadając się, spacerujemy szerokimi deptakami, wąskimi przesmykami, podziwiamy piaszczyste plaże zlokalizowane tuż przy murach miasta. Tutaj gwar jest już nieco większy, mijamy znacznie więcej przechodniów, a miasto tętni życiem. W porcie zacumowane są luksusowe łodzie i jachty warte zapewne pierdyliardy Euro. Prosto z plastikowych skrzynek sprzedawane są owoce morza- ryby, małże, krewetki. Przejrzyste wody zatoki otoczone są z jednej strony starymi murami, a z drugiej zielonymi wzgórzami. Piękne miasto, jednak zgodnie z przewidywaniami nie zostaniemy w nim na dłużej. Chcemy znaleźć spokojne ciche miejsce, gdzie widok każdego ranka będzie wypełniał nas poczuciem szczęścia i wdzięczności, że mamy okazję spać i budzić się w niezwykłym miejscu. Wiemy, że takie miejsce gdzieś tu niedaleko w Boce Kotorskiej z pewnością na nas czeka. Musimy tylko odrzucić tym razem przewodniki, otworzyć szeroko oczy i jechać przed siebie szukając swojego małego raju…

 

Jedna myśl na temat “Stary Bar i Budva- odcinek 26

Dodaj komentarz