Tirana- odcinek 24

Pada niezmiennie od kilku dni. Opady są coraz intensywniejsze, a drogi zaczynają przypominać błotniste klepiska. Im dalej do wybrzeża odjeżdżamy, tym więcej błota, biedy i przeróżnych osobliwości. Jedziemy spokojnym tempem wiedząc, że nasz czas w Albanii niebezpiecznie się kurczy, ale przyspieszając pozbawilibyśmy się tych ostatnich możliwości oglądania lokalnego piękna i tajemniczości. Chociażby przez szybę samochodu mokrą od deszczu, chociażby w przelocie zatrzymując się przy drodze po oliwę i miód. Oliwa tutaj jest intensywnie zielona i mocna w smaku. Doskonała. Zajadamy się każdego dnia świeżym chlebem moczonym w tym cudownym tłuszczu. Proste, niewyszukane jedzenie, a moje kubki smakowe szaleją z radości.

-Zatrzymaj się przy tym straganie!- energicznie nawołuję do Przemka, widząc przed nami drewnianą budkę z wystawionymi na stoliku oliwami i miodami. Jedziemy już kilkanaście kilometrów górską drogą, nie mijając żadnych zabudowań, a tym bardziej sklepów. Spodziewam się więc, że może to być straganik wystawiony przez jedyne w okolicy gospodarstwo. Przemek zjeżdża na szutrowe pobocze i idzie zobaczyć, co oferuje ten kramik. Nie chce mi się wychodzić. Co prawda na chwilę się rozpogodziło, ale czuję coraz większe zmęczenie i nie zamierzam się ruszyć. Obserwuję więc przez szybę, jak Przemek próbuje chętnie oliwy częstowany przez miłą kobietę o oczach w kolorze gryczanego miodu. Są tak samo złociste i piękne jak zawartość kilku słoiczków dumnie wyeksponowanych na jej straganie. Dobijają targu i kilka butelek oliwy oraz miód lądują w samochodzie. Kiedy zjeżdżamy z gór i zaczynają się pojawiać na naszej drodze pojedyncze miasteczka, krajobraz robi się coraz bardziej przygnębiający. Mam wrażenie, że te kilka ruder i chałupek skleconych ze wszystkiego co było pod ręką, które widzieliśmy na wybrzeżu, to tylko przedsmak tego, co w rzeczywistości dzieje się w Albanii. Asfalt niebezpiecznie urywa się, a w miarę równa dotąd droga przeistacza się nagle w szeroką połać rozjeżdżonego błota. Ruch uliczny gęstnieje. Samochody nadjeżdżają z każdej strony i jadą we wszystkich kierunkach. Nie ma oznakowania, nie ma znaków poziomych, czasem trafi się jakiś pionowy, ale nikt na nie nie zważa. Kwitnie przydrożny handel żywym inwentarzem, oliwkami, oliwą, owocami, butami, skuterami, częściami samochodowymi i wszystkim, co tylko może nam przyjść do głowy. Sklepiki wyglądają marnie i biednie, bloki mieszkalne przypominają obskurne rudery w najgorszych łódzkich dzielnicach w latach 90- tych. Szum kapiącego intensywnie deszczu miesza się z dźwiękiem klaksonów i pokrzykiwaniami ludzi tworząc przedziwne tło dźwiękowe dla oglądanego przez nas właśnie obrazu Albanii. Jedziemy do Tirany, do stolicy. Upewniam się na mapie, czy wybraliśmy właściwą drogę. Tak. To główna trasa wiodąca do tego miasta.

Droga do Tirany

Kiedy wjeżdżamy do Tirany, od razu uderza we mnie kontrast. Widać, że tutaj są pieniądze. Szerokie miejskie arterie z wyraźnie wymalowanymi oznaczeniami wiodą prosto pośród wysokich zadbanych budynków. Jest kilka biurowców z modnym motywem szkła i metalu, są lepsze sklepy i ludzie którym chyba żyje się tutaj lepiej. Jedziemy w strugach deszczu w kierunku słynnego placu Skandenberga. Szybki spacer, dosłownie rzut okiem i mamy dość. Przemoczeni wracamy do auta. Plac wygląda okazale, jest miejscem w którym skupione są najważniejsze zabytki Tirany- pomnik Skandenberga, muzeum narodowe, meczet, wieża zegarowa. Ogromna socrealistyczna mozaika zdobi front budynku muzeum. Tak, Albania nadal ma w sobie ducha socrealizmu. Im dalej jesteśmy od głównego placu, tym gorzej wygląda to miasto. Znowu przeważa myśl pijanego architekta, samowola budowlana, bieda i typowy dla demoludów pierdolnik. Co prawda Albania nie była krajem bloku wschodniego, ale komunizm pod postaciami rządów Hodży odbił bardzo wyraźne piętno na tym kraju. Bunkry. Na każdym kroku mijamy kolejne betonowe schrony. Pod blokami, przy domach, skwerach, ulicach. Hodża tak bardzo bał się ataku wroga, którym mógł być każdy, nawet ZSRR, który w jego mniemaniu był za mało socjalistyczny. Patrzę na tę przedziwną stolicę i uświadamiam sobie, że jeszcze całkiem niedawno Albania była krajem totalnie wyizolowanym. Nie można tu było po prostu przyjechać, pozwiedzać, zażyć kąpieli morskich i słonecznych na mało uczęszczanych albańskich plażach. Do Albanii nie było wjazdu, ani możliwości wyjazdu poza nią. To była istna Korea Północna, z okrutnym- teoretycznie dziś zakazanym, ale w praktyce nadal stosowanym – prawem Kanun… Jedziemy przez ten kraj od kilku dni. Zatrzymujemy się na noclegi, jemy w lokalnych restauracjach, unikamy turystów i szukamy jak najwięcej interakcji z tubylcami. My, z naszym specyficznym, nieco angielskim poczuciem humoru. Często nieokrzesani, ignorujący lokalne zwyczaje. Kiedy w Egipcie ubrana w króciutkie spodenki i lekką koszulkę siadałam w barze przeznaczonym tylko dla muzułmanów płci męskiej i z szerokim uśmiechem zamawiałam herbatę, miałam szczęście. Turystyczna miejscowość i wyrozumiały właściciel, który zwyczajnie węszył zarobek, przedkładając to ponad lokalne tradycje i nakazy Koranu, stawał się moim sprzymierzeńcem w poznawaniu lokalnych, autentycznych zwyczajów i obserwowaniu ludzi. Egipt jednak od lat jest krajem turystycznym, otwartym na przyjezdnych i tolerującym zwyczaje europejczyków. Albania nieśmiało otwiera się na świat. Wychyla nieco nos ze swej bunkrowej tradycji, zasnuwa powoli mgłą zapomnienia totalitarną przeszłość i pozwala przyjezdnym zaznać swego niezwykłego klimatu. Nie jestem jednak przekonana, czy ta otwartość Albańczyków jest już na takim  poziomie, który pozwala w rzeczywistości na pełną swobodę zachowań i wypowiedzi…

– Gdzie dzisiaj śpimy?- pytam przerywając sobie rozmyślania. Jestem odrętwiała od wielu godzin spędzonych w aucie. Uczucie zmęczenia dopada mnie z ogromną mocą. To chyba najtrudniejszy dla mnie dzień podczas tej podróży.

– W Kruji. Pocisnę do skutku, nie zatrzymujemy się. Jutro chcę zobaczyć Kruję, a musimy już kierować się do Czarnogóry, jeśli chcemy jeszcze chwilę odsapnąć przed powrotem.- Przemek decyduje o dzisiejszym miejscu na nocleg.

Do Kruji docieramy przebijając się przez ścianę deszczu. Wyłożone śliskim od wody kamieniem uliczki prowadzą w górę, co dodatkowo utrudnia podjazd. Stajemy pod jakimś sklepikiem i pospiesznie googlamy info o noclegach. W sklepiku zaopatrujemy się w drobne przekąski, Przemek kupuje piwo i udajemy się do wybranego hotelu. Decydujemy się spędzić ostatnią noc w Albanii w fajnym miejscu, w górnej części miasta. Szybko meldujemy się i wykończeni udajemy się do naszego pokoju. Z balkonu roztacza się piękny widok na oświetlone miasto i góry, a nad tym wszystkim góruje szpiczasta wieża meczetu, z której co jakiś czas słychać melodyjne nawoływanie muezina. Lubię te nawoływania. Kojarzę je z naszymi pierwszymi wyjazdami do muzułmańskich popularnych krajów. Kiedy decydowaliśmy się na nasze pierwsze podróże, byliśmy studentami, dla których All inclusive wydawało się super rozwiązaniem. I w takim stylu, poddając się organizatorowi w postaci biura podróży, zwiedziliśmy Turcję, Tunezję i Egipt. To był początek naszych przygód i moment, kiedy na dobre złapaliśmy podróżniczego bakcyla. Głos muezina przywodzi mi w pamięci pachnącą przyprawami medinę w Tunisie, rozpalone od upału skały przy plaży Kleopatry w Alanyi i zdechłego szczura na chodniku w Hurgadzie.

Stojąc na balkonie wsłuchuję się z przyjemnością w nawoływanie muzułmańskiego duchownego. Z zamyślenia wyrywa mnie śmiech i polska mowa. Na sąsiadującym balkonie kilku mężczyzn z piwem pali papierosy. Rozmawiają po polsku. Przemek dołącza do mnie i zaczynamy rozmowę z sąsiadami. To motocykliści z naszego kraju. Weseli, sympatyczni i bardzo pijani. Wieczór upływa nam wesoło. A deszcz tymczasem wściekle zalewa miasto…

« 1 z 2 »

4 myśli na temat “Tirana- odcinek 24

Dodaj komentarz