Tokaj- odcinek 4

Na głównym placu znowu spotykamy grupkę tych samych amerykanów. Zamieniamy kilka słów i pędzimy po pieniądze. Robi się coraz cieplej. Ponowne wejście pod górkę przysparza mi już trochę problemów. Brzuszek daje o sobie znać. Kiedy docieramy powrotem do cerkwi starszy pan, nie posiada się ze zdumienia. Jest ewidentnie zaskoczony, że wróciliśmy. Przemek wręcza mu banknot- jakaś okrągła sumka, około 10x większa niż wartość biletów, które powinniśmy kupić. Kasa jest świeżo wypłacona z bankomatu i jeszcze nie było okazji by ją rozmienić. Na twarzy przemiłego starszego pana pojawia się ogromny uśmiech, a błysk w jego oczach wręcz oślepia. Zadowolony, aż zacierając pomarszczone dłonie, chowa banknot do kieszeni. Ale moment! Wcale nie chcemy dać TAKIEGO napiwku! Zaczyna się kolejna runda turist inglisz w wersji madziarskiej. Jest trochę śmiesznie, trochę straszno- nasz budżet na ten wyjazd nie jest z gumy! W końcu jednak udaje nam się dogadać i odzyskujemy należną resztę.

Schodząc do auta czuję już ogromny głód. W Tokaju czeka na nas znaleziony na  booking pensjonat. Śniadanie, prysznic i wygodne łóżko- takie przyziemne staja się w tym momencie moje marzenia. Opuszczamy Mad, by po kilkunastu minutach dojechać do Tokaju.

Wkrótce wita nas nieco większe, ale na pierwszy rzut oka równie senne miasteczko. Z pomocą mapy i GPSa szybko odnajdujemy adres, pod który chcieliśmy się udać na nocleg.

Wąska uliczka, niski budynek, zamknięte okiennice, odrapane drewniane drzwi… Resztki szyldu z nazwa hotelu bardziej straszą niż zachęcają do wejścia. Łapię za klamkę. Zamknięte. Przyglądamy się dokładnie i cóż- to nie jest kwestia zapominalskiego pracownika, który nie zostawił karteczki z napisem „zaraz wracam.” Te drzwi nie były otwierane od lat. Szybki w nich są pokryte grubą warstwą szarobrunatnego kurzu, a w narożnikach widać pajęczynę. Jak to możliwe? Wchodzę ponownie na booking. Hostel jest w aktualnej ofercie, jest możliwość zapłacenia online! Adres się zgadza, zdjęcia również tyle że przedstawiają ten budynek jakieś 5 lat temu.

„Tylko mi nie mów, że zapłaciłaś….” Pada z ust mojego męża. Jego twarz wyraża niedowierzanie, dezaprobatę i rezygnację jednocześnie.

„nie, nic nie kliknęłam jeszcze” odpowiadam czując ulgę, że nie pospieszyłam się i nie zrobiłam tej płatności za rezerwację.

„Ok., to jaki mamy plan B?

„plan B? Przecież to podróż bez planu” uśmiecham się szeroko.

Powoli przemierzamy wąziutkie uliczki, na których robi się coraz bardziej tłoczno. Momentami czuję powiew śródziemnomorskiego klimatu- niskie budynki, wąskie drogi, starsza pani na skuterze. Do tego ciepłe przyjemne słońce i szum Cisy.

Decydujemy się na wynajęcie nie najtańszego pokoju z łazienką bardzo blisko centrum miasteczka. Jest duże łóżko, ciepła woda i śniadanie w cenie. Do tego powitalna butelka Tokaja, którego mogę co najwyżej powąchać. Pokój jest czysty, dość duży, ale sprawia wrażenie jakby czas się zatrzymał około 20 lat temu. W podobnym stylu urządzono łazienkę- kafle niczym u nas za prlu, stary kran, ceratka dupoklejka pod prysznicem. Nie ma to jednak większego znaczenia. Padam na pysk! Dosłownie i w przenośni. Ogromna chęć i potrzeba wzięcia prysznica momentalnie ustępuje jeszcze silniejszej chęci wyciagnięcia się wygodnie na łóżku. Odpływam momentalnie. Jeszcze przez krótką chwilę słyszę coraz bardziej stłumione, jakby oddalające się dźwięki ulicznego gwaru za oknem- trąbienie klaksonów, silnik kosiarki, a raczej skutera, pokrzykiwania jakiegoś mężczyzny. Wszystko zlewa się w jedną masę, w bezkształtny hałas i nagle znika…

Dodaj komentarz