Transalpina- odcinek 10

Jeszcze dziś chcemy dojechać do Hunedoary. Najważniejszym punktem jest jednak Transalpina. Dwa lata temu z zapartym w piersiach tchem w drugiej połowie października pokonaliśmy najsłynniejszą rumuńską trasę- Transfogarską. Wściekle wijące się serpentyny, śnieg na drodze, brak stacji benzynowych, toaleta wisząca nad przepaścią, absolutnie niesamowite widoki. To była najpiękniejsza jak dotąd trasa. Góry, lasy, skały, dzika przyroda i unosząca się w powietrzu potęga i groza natury. Transfogarska nie jest przejezdna cały rok. Mieliśmy mnóstwo szczęścia przejeżdżając ją Audi w automacie na letnich oponach.

O Transalpinie powiedział nam przemiły Rumun, u którego wynajmowaliśmy pokój w Sapante. Określił tą trasę jako niemal bliźniaczkę Transfogarskiej i była to doskonała rekomendacja- momentalnie postanowiliśmy, że będzie to miejsce do którego musimy dotrzeć. Właśnie nadarzyła się okazja. Dwa lata później, w prawie powiększonym składzie i dla odmiany w maju.

„Jedz szybciej, bo się w końcu ściemni” pouczyłam męża przebierając niecierpliwie nóżkami jak małe dziecko, które nie może się doczekać obiecanego lizaka. Przez głowę przelatywały mi migawki sprzed dwóch lat. Tak, to niewątpliwie była wspaniała przygoda! Liczyłam na to, że za chwilę taką przygodę przeżyjemy ponownie.

„Weź się uspokój, niedźwiedzie cię nie zjedzą! Szukamy dzisiaj kwatery czy śpimy w aucie?” padło pytanie ze strony Przemka.

Dobre pytanie! Nie mamy nic zarezerwowane, net w roamingu kosztuje pierdyliony monet, a czasu na kolejną knajpę też jakoś nie widzę. Chyba pozostaje nam „hotel fura”.

Jechaliśmy mijając małe senne miasteczka i wioski, aż pojawił się znak- droga nr 67C Transalpina w prawo. To już! Już za chwileczkę, już za momencik! Cieszyłam się autentycznie jak dziecko. Droga dalej wiodła przez wsie. Zieleń gęstniała, a zarośnięte drzewami góry zdawały się być coraz bliżej.

To tutaj, jesteśmy na właściwej trasie. Dookoła nas gęste lasy i wysokie szczyty. Jesteśmy na najwyżej położonej drodze w Rumunii. Asfalt pojawił się na niej dopiero w 2010 roku i to nie na każdym odcinku. Zimą ta droga jest nieprzejezdna.

W uszach zaczynam odczuwać charakterystyczne zatykanie. Zmienia się gwałtownie wysokość, a droga wije się pod górę jak ślimak zmuszając do ciągłej zmiany biegów. Jest zielono. Zaskakująco zielono, a zieleń ta zasłania widok na cokolwiek innego. Nie widzę ogromnych przestrzeni, przepaści jak na Tranfogarskiej. Widzę lasy, góry i płynącą obok rzekę.

Wraz ze wzrostem wysokości roślinność przerzedza się. Trafiamy na odcinki bez asfaltu, na ogromne wiatrołomy, które świadczą o sile wichury, która musiała tędy przejść. Na skraju drogi jest śnieg! Dokładnie tak jak w październiku na Tranfogarskiej. Krajobraz zaczyna robić się ciekawszy. Zatrzymujemy się, by nacieszyć oczy widokiem, który mimo wszystko w porównaniu do trasy Tranfogarskiej jest dla mnie mniej fascynujący. Zastanawiam się, czy rzeczywiście Transalpina jest nudna czy po prostu jest to kwestia kolejności, w jakiej widzimy te trasy. Gdybyśmy dwa lata temu trafili tutaj, zapewne zatkałoby nas z wrażenia, a widok który teraz mamy przed oczami wydałby nam się niesamowity. Czy to zatem dobrze, że dziś tak mało entuzjastycznie reaguję na to co widzę? Zaczyna mnie dopadać natłok myśli dotyczących wdzięczności, umiejętności czerpania z życia, cieszenia się chwilą. Na świecie są miejsca tak piękne, że nie jesteśmy dziś w stanie nawet sobie tego wyobrazić. Mamy świadomość ich istnienia, ale na razie są poza naszym zasięgiem. Dziś jesteśmy w podróży, która de facto jest piękna i pasjonująca. Dlaczego więc czuję w tym momencie niedosyt? Czy  fakt zobaczenia w przeszłości czegoś pięknego powoduje, że chcemy już tylko więcej, piękniej, lepiej? Czy jeśli dziś dotarłabym na ten najpiękniejszy kraniec świata, to jutro nie będę umiała poczuć wdzięczności i radości z kolejnej wyprawy? Czy zawsze chcemy więcej?
„Aaaaaaaaa!!!!!!!!! Ku….!!!!! Jaka zimna!!!! Chodź babsztyl, wejdź!” z zamyślenia wyrywa mnie drący się w niebogłosy Przemek. Wszedł do strumienia. Skacze stopami w plastikowych sandałach po kamieniach, jakby te były gorącymi węglikami. Śmiejąc się aż do bólu brzucha, zdejmuję sandały i dołączam do niego. Kiedy moja bosa stopa ląduje w wodzie, zaczynam rozumieć ten przedziwny skoczny taniec pawiana, który przed chwilą uprawiał mój mąż. Woda ma chyba minus 800 stopni! Jest tak lodowata, że czuję jak miliony igieł wbijają mi się w skórę, a nogi drętwieją i sinieją. Nigdy nie byłam w tak lodowatej wodzie! Bardzo skutecznie studzi to moje dalsze rozważania o pięknie Transalpiny. Gdybyśmy tu nie dotarli, nie dowiedziałabym się jak zimna potrafi być woda w strumieniu. Taka piękna, pozytywna myśl na koniec przypływa do mnie.

„Jedźmy dalej!” wołam i szybko kończymy tą orzeźwiającą sesję pakując się z powrotem do samochodu.

Dalsza część drogi wygląda naprawdę ciekawie. Liczne zakręty, skały, przepaście- jest na co popatrzeć! Kiedy wysokość znowu się zmienia, a droga zaczyna prowadzić w dół, powraca zielony krajobraz porośniętych zbocz gór. Tuż przy drodze po prawej stronie wije się strumyk. Jadąc dalej mam wrażenie, że droga zwęża się zamykając nas w żelaznym uścisku skał i drzew.

Ku naszemu zaskoczeniu na wąskim pasie trawy oddzielającym drogę od strumienia zaczynają pojawiać się coraz liczniej ludzie siedzący na kocach. Wygląda na to, że robią tutaj pikniki. Po chwili jednak nie posiadamy się ze zdumienia widząc dzieci bawiące się w najlepsze w lodowej wodzie strumienia. Przez kilkunastoma minutami sprawdziliśmy osobiście odczucia po zetknięciu z tą wodą. Uśmiechnięte buźki małych golasków, które radośnie pluskają się w strumieniu, wpędzają nas w zakłopotanie. My- takie stare pryki- darliśmy się jak opętani wchodząc do tej rzeki. Tymczasem 3-4 latki zdają się pluskać jak w wannie z wodą o temperaturze 37 stopni! Dzieci są doprawdy zaskakujące i tylko one potrafią cieszyć się tak pięknie i szczerze z każdej drobnostki. Patrząc na ich radosne twarzyczki, myślę o człowieku z mojego brzucha… Tymczasem radosne piski oddalają się, by w końcu całkiem ucichnąć. Górska droga kończy się. Powoli zjeżdżamy do miasteczka Sebes.

Dodaj komentarz