Vlora i Zvernec- odcinek 22

Jedziemy w kierunku Vlory- kolejnego dużego miasta, które podobnie jak Saranda uważane jest za jeden z najatrakcyjniejszych kurortów. Droga jak zwykle jest przepiękna. Sama jazda przez Albanię dostarcza tylu emocji i niecodziennych widoków, ze nawet nie zatrzymując się nigdzie, warto byłoby po prostu jechać wzdłuż wybrzeża i podziwiać. Pniemy się pod górę, a pogoda ku naszej radości znacząco się poprawia. Po lewej stronie widoki są coraz bardziej przejmujące dech w piersiach. Znajdujemy się na dużej wysokości, a pod nami rozpościera się niesamowita panorama.

– Zatrzymaj się na chwilę. – proszę męża.

Stajemy więc na szerokim poboczu stanowiącym parking i punkt widokowy. Są tu jakieś pozostałości zabudowań, ale przede wszystkim rozciąga się stąd absolutnie fenomenalny widok. Ogarnięta nagłą wesołością zaczynam skakać z radości jak mały lajkonik. Biegam dookoła, czując jak radość życia ogarnia mnie bez opamiętania. Wiatr wieje nieustannie z dużą prędkością, ale przynajmniej przez chwilę nie pada. Łapczywie chłonę każdy centymetr krajobrazu, który nas otacza. W dole szeroka połać butelkowo- zielonej roślinności, poprzecinana szaro- bezowymi wstęgami dróg łączy się z głębokim nasyconym odcieniem niebieskich wód Adriatyku, by w końcu pod delikatną mglistą osłoną chmur płynnie przejść w błękit nieba. W tak wspaniałych okolicznościach przyrody rozprostowujemy kości robiąc sobie mały spacer. Po krótkiej chwili niebo znowu zasnuwają ciężkie deszczowe chmury, a wiatr wzmaga się uniemożliwiając swobodne oddychanie. Jadąc dalej, podziwiamy przez szybę samochodu kolejne niesamowite widoki. Surowe skały delikatnie porośnięte wypłowiałą zielenią, dzikie górskie kozice i całkiem udomowione stada owiec i baranów. Wypolerowane mercedesy i wystające co jakiś czas ze skał kolejne bunkry. Albania jest piękna!

– Czy moglibyśmy coś wreszcie zjeść?! Ja naprawdę jestem głodna!- wydzieram się wściekle, bo minęło już sporo czasu od kiedy wyruszyliśmy i zaczynam dotkliwie odczuwać głód..

-Dobra! No zaraz! Nie widzisz, że nic tu nie ma dookoła?! Trzeba było jechać na ola do Bułgarii jak chcesz ciągle żreć! No Ruda, weź się opanuj!. 30km do Vlory, dasz radę!

„Ola” w Bułgarii! I że ja niby tylko chce żreć! Broda zaczyna mi się niebezpiecznie trząść, a zbierająca się  pod powiekami słona ciecz nieprzyjemnie piecze. Hormony buzują i zamiast odpyskować jak należy, czuję że się zaraz rozpłaczę. Albo i nie! Albo zwyczajnie przyjmę strategię foch.

Kiedy dojeżdżamy do Vlory, zaczyna zapadać wieczór. Zmęczeni i obydwoje głodni poddajemy się nerwowej atmosferze. Przemek wykrzykuje coś o patrzeniu na mapę, o szukaniu kwatery, a ja o tym że ma się zamknąć, że ma nie rozkazywać i że to wszystko jego wina. Intensywność zwiedzania okraszona niesprzyjającą pogodą nie pomaga nam w zachowaniu dobrych humorów, nienagannych manier i uprzejmości wobec siebie. Mina między nami wybucha i nagle nasz samochód kipi od wyrzucanych w pośpiechu wzajemnych pretensji i żali, które tak naprawdę są wynikiem zmęczenia i kumulacji przeżyć. Kiedy wojenna zawierucha przycicha, zaczynamy skupiać się na tym, co naprawdę w tym momencie ważne- szukamy miejsca na nocleg.

Vlora wygląda jak typowe duże miasto. Wysokie budynki, równo posadzone palmy przystrajające główną ulicę miasta, mnóstwo samochodów i pieszych. Ruch uliczny odbywa się w na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”, a kontrasty między poszczególnymi budynkami aż kłują w oczy. Przyjeżdżamy główną arterią miasta i wymieniamy kilka krytycznych uwag dotyczących tego miejsca. Krążymy długo po okolicy, ale nie udaje nam się namierzyć żadnej sensownej kwatery. Hotelu nie chcemy, hostelu też nie, a prywatnych pokoi jakoś nie możemy znaleźć. Ostatecznie decydujemy się zawrócić na skraj Wlory, gdzie na kilku domach widzieliśmy tabliczki informujące o wolnych pokojach.

– Ja tu stanę na awaryjnych, no wiesz tak po albańsku jak tubylec, a ty idź zapytaj.- rozkazuje Przemek

– Nigdzie nie idę! Jak chcesz to sam idź!- czuję jak wzbiera we mnie złość

Przemek rzuca mi wściekłe spojrzenie, trzaska drzwiami samochodu i znika za furtką po drugiej stronie ulicy. Rozglądam się dookoła. Asfaltowa główna droga przy której stoimy oddziela plażę od pasma zabudowań. Domy są niewyszukane, raczej biedne. Kiedy emocje we mnie opadają, robi mi się nawet przez krótką chwilę trochę głupio, że nie poszłam. Szybko jednak odganiam tą myśl jak natrętną muchę krążącą nad głową i wypatruję Przemka. Po kilku minutach wychodzi uśmiechnięty i gestem przywołuje mnie do siebie. Przekraczając furtkę mam wrażenie, że trafiłam do jakiegoś innego świata. Podwórze nie ma nic wspólnego z luksusem widzianym kilka chwil temu w centrum miasta. Ogromny dom ma kilka dziwnych balkonów, tarasów, plątaninę schodów i przejść. Najniższe piętro jest częściowo wpuszczone pod ziemię. Tutaj właśnie zamieszkuje rodzina, która wynajmuje resztę domu na pokoje dla turystów. Przed wejściem do ich mieszkania suszy się pranie. Po odrapanym murku leniwie przechadza się puszysty kot. Stoi plastikowy stolik i krzesła, a wszystko to zacienione jest roślinnością bogato porastającą balkon usytuowany nad wejściem do domu. Na wprost furtki znajdują się schody prowadzące do tej części budynku, która przeznaczona jest na wynajem. Na każdej z trzech kondygnacji schody prowadzą na ogromny wybetonowany taras, z którego można wejść do poszczególnych pokoi. Trafiamy w końcu do naszego królestwa. Drzwi zamknięte są na klucz, ale właściwie zupełnie niepotrzebnie, bo dostanie się do środka nie byłoby problemem. Drzwi wyglądają jak te, które mieliśmy w domach w latach 90-tych. Cienka pilśniowa płyta z plastikową szybą. Zupełnie nie nadają się do tego, by oddzielać poszczególne pokoje od ogólnie dostępnego tarasu. Przed wejściem stoją dwie pary klapek. Mężczyzna zachęca nas do założenia ich. Uśmiecham się głupio i wchodzę do środka. Nasz gospodarz jest mocno zaskoczony i zdegustowany. Zdejmuje przed wejściem swoje buty i zachęca nas do tego samego wskazując jednocześnie ręką na gościnne kapcie stojące przed drzwiami. Oto absurdalne zwyczaje rodem z PRL, które tak często są jeszcze kultywowane w naszych polskich domach i jednocześnie równie często ośmieszane, potępiane i określane jako skrajny brak kultury, tutaj przyjmują jeszcze bardziej nasyconą formę. Nie mogę w to uwierzyć! Jako klient wynajmujący pokój nigdy nie spotkałam się z żądaniem zakładania kapci! Patrzymy na siebie i za pomocą porozumiewawczych spojrzeń wymieniamy telepatycznie myśli. Jednocześnie obydwoje zdejmujemy buty i wchodzimy na boso do pomieszczenia. Mężczyzna jest nieco zdziwiony i po raz kolejny zachęca nas do założenia znoszonych gumowych klapek. Uśmiechamy się przyjaźnie i szybko zaczynamy oglądanie pokoju komentując głośno po polsku- trochę dla zagłuszenia jego wywodu na temat klapek, a trochę po to by zmienić w ogóle temat. Duże łóżko, małe okienko, minimalna ilość dziennego światła. Lodówka, łazienka, czystość. Bierzemy. Szybko rozliczamy się, mówiąc, że jutro rano wyruszymy dalej.

Na dole jest mały lokalny sklepik. Przemek wychodzi na zakupy, a ja stojąc na tarasie podziwiam widok. Otaczające nas okoliczności przyrody, to co dała nam matka ziemia są przepiękne. Ostro kontrastuje z tym jednak ta część krajobrazu, która ukształtowana została ludzką ręką. Zabudowania dookoła wyglądają tak jakby w Albanii zawód architekta był kompletnie nieznany, a takie pojęcia jak plan zagospodarowania przestrzennego było tylko określeniem z filmów science fiction. Wszelkie możliwe kształty domów, przybudówek, dodatkowych pięter, półpięter, budyneczków wciśniętych między większe domy  tworzą wrażenie ogólnego bałaganu i chaosu. Odpadający tynk, odrapana blacha na dachach, goły beton na podłogach tarasów, a jednocześnie czysta pościel równiutko ułożona na łóżku, pachnąca łazienka i te wszechobecne kapcie… Stoją przy każdych drzwiach. Każdy lokator ma swój przydział klapek. Wszystkie są gumowe, wypłowiałe od słońca i ogólnie znoszone.

Przemek wraca z torbą warzyw, bałkańskim serem, winem i bezalkoholowym piwem. Ładujemy zakupy do lodówki i zaczynamy od prysznica. Kiedy on zmywa z siebie całe zmęczenie dzisiejszą podróżą, ja ładuję baterie w aparacie i przeglądam zdjęcia. Uwielbiam to robić! Minęło półtora tygodnia od kiedy wyruszyliśmy, a ja mam wrażenie, że od miesiąca jesteśmy w podróży. Intensywność naszej wyprawy, krajobrazy zmieniające się z dnia na dzień, różne języki, kuchnia, odmienne zwyczaje ludzi- to wszystko potęguje wrażenie, że ten wyjazd trwa znacznie dłużej. Dobrze! Tak bardzo lubię ten stan! Niech trwa, niech nie mija zbyt szybko…

– Idź się wykąpać, a ja zrobię sałatkę.- z zamyślenia wyrywa mnie nagle podmuch ciepłego wilgotnego powietrza pachnącego mydłem i głos Przemka.

Zza otwartych drzwi łazienki podąża za nim obłok gorącej pary, którego świeży zapach zachęca, by także skorzystać z tych luksusów i postać trochę pod strumieniem ciepłej wody. Przerzucam szybko zawartość mojej torby w poszukiwaniu czystych ciuchów. Bałagan robię niemiłosierny, ale to nie ma znaczenia w tym momencie. Po chwili ciepły strumień wody zaczyna spływać mi po plecach, a uczucie odprężenia powoli wypełnia każdą komórkę ciała.

Odświeżona i zadowolona wchodzę do pokoju i nie posiadam się ze zdumienia. Na łóżku stoją dwie miski ze świeżo pokrojonymi warzywami- zielona papryka, pomidory, ogórek, a wszystko oprószone bałkańskim serem przypominającym fetę. I nie dziwi mnie sam fakt, że kolacja jest gotowa, ale niespotykany rytuał który właśnie odprawia mój mąż nad tymi miseczkami z jedzeniem. Stojąc w niekompletnym ubraniu tuż przy kanapie trzyma nad sałatkami włączoną suszarkę do włosów. Nie muszę zadawać pytania na głos. Mój wyraz twarzy i niedowierzanie malujące się w spojrzeniu wystarczą. Przemek spogląda na mnie i od razu zaczyna się histerycznie śmiać. Wyłącza suszarkę i opanowując kolejne salwy śmiechu opowiada mi o tym, jak nasze warzywa zamarzły w lodówce. Okazuje się, że mała lodówka stojąca w pokoju ma dwie funkcje- na dolnych półkach grzej, a na górnej zamraża na lód. Rozmrożona przy użyciu suszarki sałatka smakuje doskonale. Popijam ją bezalkoholowym piwem i zadowolona zasypiam.

Ranek wita nas po raz kolejny szarym niebem bez krzty słońca. Jest chłodno i nieprzyjemnie. Zjadamy poranną porcję sałatki, znowu rozmrażając ją przy użyciu suszarki, po czym pakujemy się i jedziemy do monastyru w Zvernec. Aby się tam dostać przemierzamy całe miasto. Vlora tętni życiem i uderza w oczy luksusem. Wygląda na to, że trafiliśmy do jakiegoś szczególnie zamożnego rejonu w Albanii. Miasto naprawdę robi wrażenie. Co prawda nie takie, które mogłoby nas zachwycić i zachęcić do pozostania dłużej. My szukamy czegoś mniej zatłoczonego, kierunków mniej komercyjnych, bardziej prowincji niż wielkich miast. Kiedy więc miejskie zabudowania nagle kończą się, a zaczyna się leśna droga jestem w pełni usatysfakcjonowana. Las jest iglasty, ale nie umiem określić jaki gatunek drzew go porasta. Rodzaj sosny o cienkich igłach i bujnej nisko zawieszonej koronie. Kiedy las się kończy, wąska droga prowadzi nas tuż przy samej linii brzegowej. Zatrzymujemy się na końcu, tam gdzie asfalt zamienia się w żwirowy dukt. Po prawej stronie jest wysoki kamienny mur, a po lewej spokojna tafla wody przez którą przerzucony jest długi drewniany most. Na brzegu siedzi kilku mężczyzn zarzucających sieci do połowu ryb. Coraz mocniej pada więc otulam się szczelnie kurtką i zaciągam na głowę kaptur. Most prowadzi na małą wysepkę, na której znajduje się klasztor. Drewniane deski wyglądają bardzo niestabilnie, są pozarywane, spróchniałe, połamane. Wchodzę pierwsza. Przemek idzie kilka kroków za mną, żeby nie robić zbyt dużego obciążenia w jednym miejscu. Silne podmuchy wiatru delikatnie wprawiają w ruch niestabilny mostek. Ostrożnie stawiam każdy krok omijając podejrzanie wyglądające deski lub dziurawe miejsca. Wzmożona ostrożność jest tu zdecydowanie wskazana. Po raz kolejny przekonujemy się, że Albańczycy mają zupełnie inne podejście do bezpieczeństwa turystów. Coś co u nas byłoby już dawno w renowacji i zamknięte na czas naprawy, tutaj dalej stoi otworem dla każdego, kto ma ochotę podjąć ryzyko przeprawy przez zarywający się, 200- metrowy most. Przyglądam się ciemnej wodzie i rozważam możliwość, że po prostu do niej wpadniemy. Potrafimy dobrze pływać, spokojnie dotrzemy na brzeg. Ale jest tak zimno! Lodowaty wiatr i ciężkie krople zimnego deszczu smagają mi nieprzyjemnie twarz. Kiedy docieramy na wysepkę, wiatr nico przycicha. Szybko wchodzimy do zabudowań, by chociaż na chwilę schronić się przed ulewą. Stary przepiękny klasztor zachwyca nas freskami, ściennymi malowidłami i atmosferą duchowości unoszącą się w powietrzu. Zachowujemy ciszę i oglądamy wnętrza przepięknej świątyni. Kiedy przychodzi moment powrotu, znów czeka nas przeprawa przez ten niezwykły most. W drugą stronę idziemy jednak pewniej i szybciej. Widok w odwrotnym kierunku też jest ciekawy. Za wysokim kamiennym murem przy którym stoi nasz samochód, zauważamy ogromny betonowy bunkier. Wciąż nie przywykłam do tego, a przecież są tu obecne na każdym kroku. Wracając do Vlory uważniej rozglądam się wokół. Przy ogromnej, zamożniej wyglądającej willi, na typowo po albańsku nieuporządkowanym podwórzu widzimy przedziwną konstrukcję. Kolejny bunkier, z tym że ten wyróżnia się dziwnym rodzajem tunelu prowadzącego do okrągłej kopuły.

– Ruda, czy ty to widzisz? Powiedz mi co trzeba mieć w głowie, żeby wybudować sobie takie cudo na działce.- zagaduje Przemek

Mnie raczej zastanawia mechanizm działania dyktatorów takich jak Hoxha. Jak to się dzieje, że są w stanie pociągnąć za sobą tysiące ludzi, całe narody, uwikłać społeczeństwo w pułapkę strachu i paranoi, uwięzić ludzi w pajęczynie swoich własnych przekonań i ekscentrycznych pomysłów.

Wracamy znowu przez ten sam piękny las. Na obrzeżach Vlory zauważam coś, co wcześniej umknęło mojej uwadze. Przy drodze na otwartej przestrzeni znajduje się dość długi, niski blok mieszkalny. Parter i dwa pięta, typowy galeriowiec z wejściami do mieszkań prowadzącymi ze wspólnego balkonu. Budynek wygląda przerażająco. Maleńkie okienka, często pozbawione szyb, brudne, odrapane ściany. Plątanina kabli oplata budynek w sposób zupełnie niekontrolowany. Kable wystają z okien, przechodzą przez dach tuż obok plastikowych beczek w których prawdopodobnie grzeje się woda, wychodząc znowu do środka oknem u sąsiada. Na długiej galerii stoją rowery, przed blokiem rośnie dzika roślinność, w wysokiej trawie pasie się stado baranów i stoi czarny mercedes. Okienka w mieszkaniach są miniaturowe, części drzwi brakuje, a w ich miejscach powieszono prowizorycznie cienkie zasłony. Budynek wygląda bardzo przygnębiająco. Za kilka chwil wjedziemy do centrum miasta, które niesamowicie kontrastuje z widokami na przedmieściu. Tutaj widać autentycznie biedę i robi mi się jakoś ciężko na sercu…

9 myśli na temat “Vlora i Zvernec- odcinek 22

  1. Most na mnie zrobił ogromne wrażenie. Jak z filmu fantasy lub horroru 😉 W Albanii nie byłam, mój tata był w latach 80.

Odpowiedz na „Zołza z kitkąAnuluj pisanie odpowiedzi