Węgry- odcinek 3

Przemek lubi prowadzić w nocy. Drogi są puste, jest spokojnie. Jazda w nocy ma to do siebie, że pozwala zaoszczędzić dzień, który w całości poświęcić można na zwiedzanie. Mamy tylko 3 tygodnie. 3 krótkie tygodnie wyrwanego korporacji urlopu. 21 dni, które uznawane są za luksus, bo standardem są urlopy 14 dniowe. 21 dni i niezliczona ilość planów. Głód przygód, głód poznawania, głód świata. Kiedy skończy się nasz urlop, będziemy musieli wrócić do naszych biurek, do rutyny, do codzienności. Minie cały rok nim znowu wyruszymy w drogę. Rok? Nie, nie! Zaraz! Tym razem może minąć znacznie więcej… Nie chcąc więc uronić ani minuty tej cennej podróży, jedziemy nocą.
Co jakiś czas spod lekko uchylonych powiek dostrzegam światła nadjeżdżających z naprzeciwka aut. Nie otwieram oczu. Są zbyt zmęczone, błagają o sen. Robi się chłodno, mamroczę pod nosem, że jest mi zimno. Przemek włącza ogrzewanie i wygrzebuje z tylnej kanapy swoją kurtkę. Znów zasypiam twardym snem, rozpływając się w cieple, kołysana szumem silnika. Na zewnątrz jest półszaro, kiedy słyszę jakiś szept. Jedno oko lekko otwarte dostrzega rosę na bocznej szybie samochodu. Szept dobiega do mnie coraz wyraźniej. Jest jakby coraz bliżej. Im bardziej go słyszę, tym bardziej otwieram zaspane oczy.
„Babsztyl wstawaj! Zjemy śniadanie, muszę się rozprostować”. To mój jak zwykle romantyczny mąż stara się mnie obudzić. Jego wesoły i jednocześnie zmęczony głos wreszcie wyraźnie rozbrzmiewa w mojej głowie. Wracam z krainy snów. Jest chłodno. Wychodzę z auta, przeciągam się. W rozgrzane nozdrza uderza rześkie, wilgotne powietrze. Czuć rosę. Jest wcześnie rano. Słowacja. W przydrożnym barze zjadamy powoli ciepły sycący posiłek. Jajecznica smakuje wspaniale. Pijąc gorącą herbatę rozmawiamy o tym co nas czeka za kilka godzin. Pierwszym celem naszej podróży jest rejon Tokaj na Węgrzech. Z całą pewnością zamierzamy odwiedzić miasto o tej nazwie. Przemek jest solidnie zmęczony, ustalamy więc że po dotarciu do celu najpierw zakwaterujemy się i zdrzemniemy 2 godziny i dopiero wtedy ruszymy zwiedzać. Oczywiście nie mamy żadnych rezerwacji. Pobieżnie sprawdzam na booking.com dostępne kwatery w naszym docelowym mieście. Znajduję miły hotelik za rozsądną cenę. „Rezerwować? Zapłacę kredytówką.”- pytam męża. „Nieee, spisz tylko adres i jedziemy”. Dopijamy herbatę, szybka rundka do toalety i w drogę.
WĘGRY
Słońce coraz intensywniej rozpościera na niebie swe ramiona. Dzień zapowiada się przepięknie. Jest przyjemnie ciepło, ale jednocześnie na tyle rześko, by swobodnie oddychać powietrzem pachnącym wiosną i przygodą. „Poczytaj coś. Weź przewodniki!” Kaowiec za kierownicą się odezwał. Tak dobrze mi się siedziało w błogiej bezczynności. Niechętnie, warcząc pod nosem sięgam po książki. Na szybko przeglądam opisy okolicy, w której właśnie się znajdujemy. Zanim dojedziemy do Tokaju, odwiedzimy małe miasteczko Mad. Ta okolica właściwie bez względu na miejscowość charakteryzuje się tym samym- bajkowo- sielankowy krajobraz zielonych pól winorośli rozciągniętych na łagodnych pagórkach, poprzecinanych nielicznymi wąskimi drogami. Zieleń liści winorośli ciągnie się aż po horyzont.
Co jakiś czas przy wąskiej drodze przycupnęło małe miasteczko. Malutkie domki, malutkie chodniki, malutkie kościółki i maleńkie place na środku miejscowości. Czy równie maleńkie są codzienne problemy mieszkańców Mad? Czy w tym małych domeczkach mieszkają ludzie, którzy każdego dnia z zachwytem patrzą na otaczającą ich przyrodę, a wszelkie troski chowają do maleńkich pudełeczek, nie chcąc niszczyć tego idyllicznego obrazu? Jak zyją? Jak wygląda ich dzień, obiad, wieczorny relaks? Czy Tokaj i Pułtusk żyją podobnie? W podróży najbardziej fascynują mnie ludzie. Ich życie, ich historie, ich osobiste przemyślenia. Sposób w jaki spędzają czas, z czego się śmieją, a co ich smuci. Jak wygląda ich dzień, jaką mają rodzinę i co szykują dziś na obiad…
Mad jest tak pogodnie senne, tak niewiarygodnie spokojne, zatopione w tym odrealnionym winoroślowym śnie, że ciężko kogokolwiek spotkać na ulicy. A może jesteśmy zbyt wcześnie.
Parkujemy samochód na skraju głównej drogi wiodącej przez środek miasteczka i udajemy się na piesze zwiedzanie. Jest pięknie. Ciepło, ale upał jeszcze nie doskwiera. Ulica jest pusta, okna domów pozamykane. Otacza nas błoga cisza, czas spowolnił swój bieg. Z zadowoleniem masuję mój coraz okrąglejszy brzuch i z niemym uśmiechem spaceruję napawając się tą niezwykłą atmosferą. Po lewej stronie ulicy na lekkim wzniesieniu widzimy budynek. Jest to cerkiew, którą od razu decydujemy się zwiedzić. Wchodząc pod gorę mijamy wesołą grupkę turystów w średnim wieku. To Amerykanie żydowskiego pochodzenia. Zwiedzają te rejony poszukując swoich korzeń, historii rodzinnej. Wejścia do cerkwi strzeże starszy mężczyzna. Zwiedzanie jest płatne, o czym jeszcze nie wiemy. Pan jest uśmiechnięty, pogodny i spokojny, przyprószony siwizną niczym patyną czasu- jest dokładnie taki jak Mad. „We would like see this church, please”
„egeszegeredegrfegathragede”- pada odpowiedź. Angielski- no problem, hiszpański, włoski francuski- podołamy, niemiecki, rosyjski- damy radę. Ale węgierski? Nie ma mowy! Ten język nas przerasta. Zaczyna się cudowna turystyczna zabawa w dogadywanie się rękoma i nogami. Jest nawet śmiesznie. Przemek gimnastykuje się jak może. Uśmiechy, ruchy rąk, powolna mowa. Może rosyjski.. Niet? A niemiecki? Też nein. Cholera. Nie będzie lekko. Uśmiechnięty starszy pan pokazuje nam napis przy wejściu. Instrukcja słowno- obrazkowa wskazuje na konieczność zakupienia biletu, przy czym nie precyzuje kwoty. Nie wiem jakim cudem, ale staje na tym, że Pan nas po prostu wpuszcza do środka. Nie zapłaciliśmy, ale Przemek pytał o bankomat obiecując, że wrócimy z pieniędzmi. Sadziłam, że mężczyzna nas zrozumiał. Zwiedzamy wnętrze cerkwi, po czym schodzimy na dół szukać gotówki.

« 1 z 8 »

Dodaj komentarz